poniedziałek, 13 marca 2017

#mariapodróżuje: o Marakeszu


Maciej postanowił złożyć mi dziesięciodniową wizytę w mojej skromnej posiadłości w Madrycie; to cud że ze sobą tyle wytrzymaliśmy (hehe), ale podejrzewam że to tylko dlatego, że w międzyczasie tak zwanym zmieniliśmy trochę klimaty i za śmiesznie niskie ceny (czytaj 20 euro Ryanem w jedną stronę) polecieliśmy do Marakeszu. Jarałam się jak pochodnia, bo a) pierwszy raz w Afryce, b) pierwszy raz na innym kontynencie niż staruszka Europa, c) pierwszy raz w krótkim rękawku w lutym (w Madrycie nie jest wcale tak ciepło, jak się Wam wydaje).


Lekcja pierwsza, choć stara jak świat: Ryanowi nie ufaj. W jedną stronę spóźnił się dwie godziny, przez co w Marakeszu wylądowaliśmy po północy. Przez to przepłaciliśmy za taksówkę (bardzo ała, ale kto ma siłę się targować o tak późnej porze?), choć ja i tak zawsze mam z tyłu głowy standardowe 30 euro, które trzeba zapłacić w Madrycie, inaczej się nie da. 

Bradzo dobrze, że zarezerwowaliśmy hotel wcześniej; znajoma, która się zna (nawet pożyczyła nam przewodnik) polecała szukanie spania na miejscu, z zastrzeżeniem, że jeśli ląduje się w ciągu dnia; bo po zmroku to już mniej bezpiecznie, a na pewno mniej przyjemnie. Przekonalismy się o tym bardzo szybko, kiedy taksówkarz wyrzucił nas na jakiejś ulicy mówiąc ‘to teraz idziecie tam prosto, i druga w prawo, to będzie wasza, ja dalej nie mogę jechać’. Faktycznie nie mógł, bo nagle uliczki zwężały się tam do takich co mają dwa metry szerokości; było ciemno i z ulicy zwijali się podejrzani faceci ze swoimi podróbkami adidasa, wołając do nas czy nie chcemy może butów albo haszu; zgubiliśmy się; przyczepił się do nas dziad i uparł się, że nas zaprowadzi.

Lekcja druga (z przewodnika): przyjaciel, który żąda od ciebie zapłaty, która nie była wcześniej ustalona, nie jest przyjacielem. 




To jedna z tych rzeczy, które mnie nieustannie irytowały; ja rozumiem, że ktoś chce zarobić, ale żeby tak wrabiać ludzi dosłownie na każdym kroku co pięć minut? 

Natomiast na to, że nie mieliśmy prawie żadnych dirhamów jeszcze (Lekcja trzecia: nigdy nie wymieniaj waluty na lotnisku, chyba że jesteś frajerem, jak ja), to już nie mogliśmy nic poradzić, więc sobie poszedł zniesmaczony. 




Pierwsze wrażenie, jakie zrobił na nas nasz hotelik też nie było super: pokój dwa na półtora metra, dzielone łazienki (choć wiedzieliśmy o tym wcześniej). Ale czego się spodziewać jak się płaci 14 euro za noc? Muszę przyznać jednak, że było nienagannie czysto, w pokoju była umywalka, a kafelki na ścianach były urocze, no i pan w recepcji był naprawdę (a nie na niby) pomocny. Poza tym kto potrzebuje dużego pokoju, skoro spędza cały czas poza nim? 

Napisałam to wszystko, żeby nakreslić mniej więcej jakie pierwsze wrażenie na nas zrobił Marakesz, no i nie było to wspaniałe pierwsze wrażenie, chujowe wręcz bym powiedziała, bo prawie się posikałam ze strachu idąc tymi ciemnymi uliczkami. 

Całe szczęście, jak to mówi mój pan od literatury postwojennej, że największy wpływ na ostateczną ocenę ma ostatnia strona książki (wydam moje złote myśli, obiecuję). 


Mieliśmy akurat trzy dni do rozporządzenia (no, dwa i pół powiedzmy), i akurat trzy dzielnice nas interesowały: Medina, czyli stare miasto, Ville Nouvelle i Mellah, czyli dzielnica żydowska – i w takiej właśnie kolejności je zobaczyliśmy.

Mieszkalismy w Medinie, dosłownie 5 minut od Jemaa El Fnaa (pisane po polsku, z niewiadomych powodów Dżamaa al-Fina), czyli wielkiego placu, wpisanego zresztą na listę UNESCO, na którym dzieją się dzikie imby, to tak w skrócie. W rozwinięciu: uliczni sprzedawcy, wózki z jedzeniem i świeżo wyciskanymi sokami, zaklinacze węży, uliczni sprzedawcy, kobiety malujące hennę, uliczni sprzedawcy, i oczywiście nie mogło zabraknąć kawiarni i restauracji dla turystów. Jest kolorowo, głośno, kurzowo, brudno, i śmierdzi końskim łajnem, bo dorożki też są, a jak, ale nie da się przejść obok obojętnie, ciężko skupić na czymkolwiek wzrok, bo jest tego tak dużo, ludzi, zwierząt, ubrań, dirhamy latają w prawo i lewo, olala, a przyjdź tu dopiero w nocy i postaraj się wrócić z całym okiem – wtedy impreza dopiero się rozkręca: ogniska, śpiewy, tańce, bębny, kapelusze; ponoć jedzenie jest też lepsze po zmroku. Natomiast bardzo ważna Lekcja czwarta: zdjęcia rób, ale z ukrycia. To znaczy najlepiej przebierz się za kamień i udawaj że nie żyjesz, to dopiero wtedy będziesz mógł bezpiecznie zrobic zdjęcie bez konieczności zapłaty. Jak chcesz zrobić zdjęcie owocom, to zrób owocom, a nie dajesz się wciągnąć przez pana sprzedawcę na jego wózek, żeby twój chłopak zrobił wam zdjęcie, a potem żebyś ty zapłaciła jakąś niebotyczną sumę za soczek z granata, który zresztą był wymieszany z pomarańczowym, czego nie chciałam, i w prawdopodobnie niemytej od sześciu lat szklance, więc i tak nie dopiłam go do końca; no po prostu tego nie rób, bo przecież chcesz tylko zrobić zdjęcie owocom. 


(W nawiasie Lekcja piąta: czarno-białe zdjęcia są super, ale nie w kurde Maroko, gdzie to właśnie o kolory chodzi. Brawo ja)



Jedną z największych przyjemności, pisze przewodnik, jest dobrowolne zgubienie się w uliczkach Mediny; no, prawda, chyba że jest po zmroku albo chyba że chcesz trafić, do cholery, w konretne miejsce. A tak naprawdę, to tylko nasza wina, żeśmy nie mogli znaleźć muzeów, bo nie kupiliśmy porządnej mapy. Ehe.
 
Więc w pierwsze miejsce, czyli Musée Boucharouite, trafiliśmy zupełnie przypadkiem, bo wskazała nam tam drogę para Duńczyków 
 
(w nawiasie bardzo ważna Lekcja szósta: o drogę pytacie pracowników restauracji lub sklepów, policję lub innych białasów, takich jak wy. Większa szansa, że wskażą Wam to, co chcecie i (wow) nie będą chcieli za to pieniędzy)

i był to chyba po prostu prywatny dom / hotel otwarty do zwiedzania, a dla picu (żeby było za co płacić) powiesili tam kilka dywanów i zdjęć z plantacji szafranu. Ale za to jak ładnie w środku; od teraz jestem totalną fanką riad.




Trochę historii: kiedy Marakesz w latach 70 (?) zaczął się rozwijać w trochę nowocześniejszą / europejską stronę, zaczęli przybywac tam Europejczycy, zainteresowani eee Afryką? i wpadli na świetny pomysł odrestaurowania tych właśnie riad, dzięki czemu jakiekolwiek teraz w dobrym stanie stoją – co zresztą tworzy tę fajną różnorodność architektoniczną Mediny.
Na tarasie na dachu zjedliśmy śniadanie w postaci kawy z sucharkami, Maciej znalazł swoje przyszłe biuro, a ja się cieszyłam, że się mieszczę pod palmą. 




Dwa zdecydowane medinowe must see: Muzeum Marakeszu i Medresa ibn Jusufa.
W tym pierwszym można się dowiedzieć trochę o historii, albo co to jest zellij (od razu odpowiem, bo wiem, ze google boli: tradycyjna mozaika architektoniczna; spopularyzowana w XIV wieku!); albo co to jest hammam, można nawet zobaczyć hammam, choć nikt tam już się nie kąpie; można też obejrzeć wystawę współczesnej artystki Hayat Saidi malującej emocjonalne abstrakcje. Bardzo ładne, tylko czemu wszystkie obrazki zostały powieszone tak krzywo? 




 
PS nie uważacie, że plecak Macieja jest jasnym sygnałem dla kieszonkowca? Na szczęście były tam głównie hektolitry wody, które wypijaliśmy w ciagu dnia (1 butelka 1,5L = 6 dirhamów)



Medresa to stara szkoła teologiczna, miejsce pobytu i edukacji studentów z XII wieku (obok stoi nastarszy w Marakeszu meczet, ale jako białas nie wejdziesz). Ogólnie jest to labirynt malutkich pokoików (ponoć jest ich 132), na parterze i na piętrze, które otaczają spory ‘dziedziniec’ z basenem (??) pośrodku. Mnóstwo mozaiki. Ozdobne wejścia. Przestrzeń. Światło. Super byłoby się tam uczyć, gdyby nie to że jakos student mieszkasz w pokoju 2x2 z ośmioma innymi osobami. A tak to polecam. 




Oczywiście jedliśmy, no bo co mieliśmy nie jeść. I oczywiście, a także niestety, bardzo niestety, jak typowi europejscy turyści – to znaczy w restauracjach, gdzie, owszem serwowano tradycyjne potrawy, ale nawet menu było po angielsku (no bo że po francusku to mniej dziwne) i ogólnie feeling był mocno zachodni, łącznie z muzyką (co oni mają z tą Ellie Goulding?). Ale trochę się muszę z tego wytłumaczyć, mianowicie oboje z Maciejem byliśmy po różnych chorobach żołądkowych i trochę się baliśmy, że jedzenie uliczne może być średnio higieniczne i właściwie niewiadomego pochodzenia – nie to co jedzenie w restauracjach, naturalnie. Trochę złudne to było może, ale z drugiej strony radośnie mogę orzec, że nikogo nie bolał brzuszek, a tajin to świetna sprawa i chcę więcej. Macieja najbardziej zachwyciła pastilla z kurczakiem (rodzaj placka z ciasta francuskiego z chyba curry i cynamonem, dosyć trudne do wytłumaczenia), o której powiedział – jego słowa – że ‘robi mu dobrze’ i jest ‘rekordem świata’. Tutaj dodam, że Maciej ma dosyć obojętny stosunek do jedzenia, co się często sprzeczamy, bo ja dużo używam słowa pyszka; widać musiał chłopak po prostu pojechać na drugi kontynent, żeby się przekonać, że jedzenie może smakować, i to nawet bardzo. Straszny z niego snob i hipster. 



 
Inne odkrycie: mocno słodzona miętowa herbata (często jedna z najtańszych pozycji w menu) podawana w tradycyjnych (przepięknych!) imbryczkach. Wrogów cukru zapewniam: nie chcecie jej pić bez posłodzenia; jest po prostu gorzka i nieprzyjemna. Kostki cukru podaje się na talerzyku, raz tylko dostaliśmy herbatę już posłodzoną wcześniej, i nie było to fajne, smakowała jak rozpuszczona w wodzie miętowa guma Orbit. 


 
Muszę przyznać, że kawa też generalnie była dobra (choć często przegrywała z herbatą), super były zupy kremy – a w życiu bym się nie domyśliła, że się je jada w Maroku; super były naleśniki na śniadanie, takie zupełnie inne niż nasze, i super były wszędobylskie soczki owocowe. O jedzeniu mogłabym pisać jeszcze długo, to wiecie, ale czasem trzeba sobie powiedzieć stop. Innym też czasem trzeba powiedzieć nie, dlatego tu mimochodem wplotę Lekcję szóstą: naucz się jak jest ‘nie, dziękuję’ po arabsku, lub chociaż po francusku. (Przy okazji nauczysz się też jak jest ‘dziękuję’!). Uliczni sprzedawcy bywają natarczywi, ale tylko jeśli im na to pozwolisz, to znaczy, zaczniesz udawać zainteresowanie, oh, doprawdy, a ile to kosztuje, chociaż wcale nie chcesz nic kupować, oni przez 5 minut będą cię namawiać, aż w końcu albo a) kupisz coś, czego nie chcesz, bo ci głupio nie kupić b) nie kupisz, a wtedy oni się zezłoszczą i zaczną być nieprzyjemni. Oszczędź sobie a) i b) ucząc się prostego wyrażenia la shukran i bądź szczęśliwy już do końca życia. 

 

 Ville Nouvelle jest faktycznie nouvelle. Jest dużo czyściej niż w Medinie, nikt cię nie nagabuje, zdecydowanie bardziej europejsko, aż dziwnie, że przekracza się mur, którym Medina jest otoczona , i jakby się znalazło w innym mieście. Ale te parki, o rajuśku! Oczywiście zapłać, jeśli chcesz wejść, ale warto. Park Majorelle na przykład, ufundowany m.in. przez Yves Saint Laurenta, nie dość że jest piękny, to jeszcze w środku stoi muzeum Berberów – najstarszego plemienia północnej afryki. Dowiedzieliśmy się, że lud ten ma nawet oddzielny język i alfabet – Tifinagh. Więcej gadac nie będę, pokazuję zdjęcia zamiast tego, i znowu – dlaczego wzięłam czarno-biały film?





Ostatninego dnia, obładowani plecakami i ciągnąc za sobą walizeczkę, udalismy się do Mellah, czyli żydowskiej dzielnicy. Zwiedziliśmy synagogę Slat Laazama (choć trafić było ciężko, panowie po drodze koniecznie chcieli, żebyśmy wylądowali w jednym SPA), w której poznaliśmy przemiłą panią z Izraela, która opowiedziała nam co nieco o historii Żydów w Maroku. Obecnie Mellah jest dzielnicą tradycyjnie żydowską, bo większość Żydów przeniosła się do Ville Nouvelle. 
 
 
To, co trzeba zrobić będąc w tej dzielnicy, to pójść na targ, jeśli można to tak nazwać; niby to samo co w Medinie, ale co się okazuje – TANIEJ. A dlaczego; ano dlatego, że to tutaj te wszystkie przyprawy i inne produkty kupują sprzedawcy i sprzedają gdzie indziej, a Medina, jak wiadomo, jest turystyczna, więc wszystkie ceny są przebijane. Wytłumaczył nam to jeden pan sprzedawca, który okazał się Berberem (!); wskazując a to jedno a to drugie wyjawiał tajemnicę użytkowania takich śmiesznych rzeczy jak drzewo sandałowe, suszona róża, kryształ z eukaliptusa czy jaśmin. Połowy już nie pamiętam, bo prędkość miał 20 na minutę. 



Coś po drodze zostało zjedzone, i na koniec zwiedziliśmy pałac Bahia – trochę pałac w Marakeszu jak każdy inny. Proszę nie zrozumieć mnie źle, ale po pierwszych dwóch dniach zachwytu, trzeciego mozaiki, riady i kolorowe podłogi stały się już rutyną. 


 

I na koniec niespodzianka – samolot spóźniony 8 godzin. Noc na lotnisku, piąta rano w Madrycie – nic nie jeździ, poza taksówkami za 30 euro. Przygoda przygodą, ale następny dzień moje ciało odreagowywało jednodniową gorączką. Komuś się to zdarzyło?

Taki to właśnie sobie walentynkowy (hehe) wyjazd zafundowaliśmy. Polecam z całego serca, szczególnie ignorantom takim jak ja.
PS Wiem, że blog umarł. Następny post będzie właśnie tylko i wyłącznie o tym – o umieraniu.

piątek, 27 stycznia 2017

#mariapodróżuje: o Palmie na Majorce

Blog umarł, bo jak człowiek jest młody i głupi, to idzie na studia, bo myśli, że mu to coś da, a potem się dziwi, że co pół roku ma większy zapieprz niż ten przed maturą zwany sesją; i tak, nawet jak jesteś na erasmusie i żyjesz życiem jak w Madrycie, to też masz sesję.




Nie robiłam żadnych postanowień noworocznych; pierwszy raz od X lat nie postanowiłam sobie (jak co roku) schudnąć 10 albo 15 albo 20 kilo; nie zrobiłam sobie listy książek, które muszę przeczytać i nie stworzyłam planu uporządkowania i usystematyzowania swojego życia, jakkolwiek by on nie wyglądał. Za to obiecałam sobie, że w drugim semestrze mojego pobytu w Hiszpanii po pierwsze przestanę chorować (na razie jest dobrze, prawie cały styczeń i zero gorączki!), po drugie w końcu tę Hiszpanię zwiedzę, bo jest mi wybitnie głupio i nie w smak, i szczerze się do tego przyznaję, że na razie poza Madrytem to zobaczyłam dwie podmadryckie miejscowości, małe i urocze, no ale to jednak nie Barcelony i inne Walencje. Z tego powodu zabukowałam pięćdziesiąt biletów w różne miejsca, zatem już nie mam za co jeść do końca miesiąca (proszę wysyłać paczki, adres podam w prywatnej wiadomości). A pierwszy z tych biletów był właśnie na Majorkę, dzięki mojemu drogiemu przyjacielowi, Robertowi, który znalazł ryana za 17 euro. I tani hotel, w którym zamarzliśmy na śmierć, ale o tym zaraz.




Lot z Madrytu do Palmy trwa mniej niż półtorej godziny; autobus z lotniska kosztuje 5 euro i jest zwykłą linią autobusową (1), która przejeżdża przez pół miasta, także przez centrum. Trochę zabawy było z tym autobusem, bo wysiedlismy w jakimś środku czegoś, co wyglądało na autostradę do nieskończoności, przy której nikt nie pomyślał o wybudowaniu chodnika, więc nie było mowy o przemierzeniu czterech kilometrów na piechotę. Wzięliśmy w końcu inny autobus, którym dojechaliśmy prawie pod sam hotel, ale musieliśmy zapłacić kolejne 1,5 euro – ceny komunikacji miejskiej jak w Madrycie, nie myślcie sobie, że jak jedziecie na jakąś wysepkę, to będą jakieś ulgi. Nic z tego, szczególnie, że Majorka doskonale wie, że jest turystycznym miejscem, gdzie w sezonie można spotkać więcej Niemców niż Hiszpanów. Nawet menu w restauracjach jest po niemiecku. Nawet lokalsi mówią po niemiecku. Więcej razy widziałam napis wurst niż café. Co może też wynikać z tego, że po katalońsku majorkijskiemu kawa to cafè. Myślicie, że się czepiam jednego głupiego akcentu? Jestem lingwistą przecież (hehe. He he he. No nie) Ale ten język wygląda tak mniej więcej jakby ktoś powiedział Ej, hiszpański to super język, ale francuski też nam się podoba, a w ogóle to litera X jest zajebista, więc powtykajmy ją wszędzie, gdzie się da. I tak rebajas to rebaixes, hihihi; ale przynajmniej wszystkie napisy są zrozumiałe.



Hotel Lis (product placement) byłby super, gdyby nie to, że w pokoju było 15 stopni i nic się nie dało z tym zrobic. I jak mówię nic, to mam na myśli to że musiałam spać w dwóch swetrach (jeden z nich został zakupiony na miejscu z tego właśnie powodu) oraz przykryta płaszczem Roberta. Świetnie, myślę sobie, miałam nie chorować, a tu takie jaja. To nie była moja wina, mamo, naprawdę.

Robert przespał połowę dnia z powodu niespania przez ostatnie pięć nocy, więc ja poszłam sobie na wycieczkę do Zamku Bellver na wzgórzu, z którego podziwiałam widok przy zachodzącym słońcu (banał straszny, a jak cieszy). Widoczki to w ogóle najfajniejsza część Palmy. Z jednej strony morze, z drugiej zielone góry, pomiędzy na wzgórzach położone budynki w różnych odcieniach bieli i żółci, głównie hotele i te malutkie uliczki. Piękno samo w sobie to są drzwi i okiennice tych wszystkich domków. Jednak coś w tym jest, że jeśli chodzi o estetykę architektoniczną, to jestem dzieckiem południowej Europy.



Wieczorem połaziliśmy po starówce, trafiliśmy do LUSHa, gdzie bardzo krejzi ekspedientka tłumaczyła nam, jak zakładać brokat na biust, oraz że ten puder jest fantastyczny, bo jak się spocisz, to możesz go sobie nakładać na twarz, ona często używa pod pachami i pod biustem, ale nawet na stopy można (!!!). A my tylko chcieliśmy wziąć sobie kremu do rąk z testerów, bo nie wzięliśmy ze sobą. Postanowilismy przesiedziec do ostatniego autobusu w jakichś knajpach, bo balismy się zamarznięcia w hotelu. Pan w arabskim szisza barze  zaserwował nam kakałko z brandy z żelkiem, po czym przyniósł nam specjalne kocyki do stóp, bo powiedzieliśmy mu, że trochę nam zimno; mnie mój podał, ale Robertowi okrył nóżki mówiąc, że stopy to najistotniejsza część ciała pod tym względem , jeśli się stopy ociepli, to już całe ciało też. Nie dowiedzieliśmy się czy to prawda, bo po rozgrzaniu się alkoholowym kakałkiem wyszlismy na poszukiwaniu innego baru; bar był ale się zamykał o 23, ale dwóch miłych panów gejów powiedziało, że na jedną copę wina domowego możemy zostać, milutko. Chcieliśmy zostać aż do śniadania, ale powiedzieli, że niestety w czwartki zamknięte, więc byliśmy zmuszeni do powrotu. Szybki prysznic i pod kołderkę, a raczej pod płaszcze.

Na śniadanie mieliśmy zjeśc makaron, żeby się nie zmarnował, ale woda na samą herbatę gotowała się godzinę. I i tak nie dogotowała się do końca. Więc makaron i niedobre pomidory zostały, a my poszliśmy już spakowani na śniadanie do La Negra Criolla. Co za inteligencja z naszej strony, że nie wzięliśmy walizek, tylko plecaki, więc nie musieliśmy się tułać jak przegrywy pod górkę z niewygodnym bagażem.



Całkiem zadowoleni i niezbyt najedzeni poszliśmy do Fundació Pilar i Joan Miró, czyli do pięknego muzeum stworzonego w miejscu dawnej pracowni i domu Miró. Bardzo dumni są Majorczycy z niego, to widać, większość ulic nosi jego nazwisko. Jeśli chodzi o samego Miró, to mam trochę traumę z dzieciństwa, kiedy w Luwrze (?) oglądalismy z rodzicami całą serię jego obrazów: Kobieta, ptaki i gwiazdy albo Kobieta i ptak albo Ptak i gwiazdy albo Kobieta, a nad nią gwiazdy, i nie miało to końca. Ale postanowiłam się na Miró nie obrażać i posłusznie obejrzałam wszystkie abstrakcje. Niektóre nawet mi się podobały. Muszę jednak zupełnie szczerze zachwycić się samym budynkiem muzealnym, i ogrodem, z którego oczywiście rozlega się fantastyczny widok na morze, rosną w nim palmy i inne krzaki, z którymi koniecznie robiliśmy sobie zdjęcia, bo jesteśmy z północy i w życiu palmy nie widzieliśmy.





Stamtąd udaliśmy się do sporego muzeum sztuki nowoczesnej, Es Baluard, mieszczącego się nad rzeką. I znowu w jakimś wielkim, odjechanym budynku, gdzie właściwie więcej było schodów i przestrzeni niż tej całej sztuki nowoczesnej. A może to właśnie była ta sztuka? Czy tarasik z drzewkami cytrynowymi też był częścią wystawy? Nigdy nie zgadniesz. Ale był z niego przynajmniej ładny, niespodzianka!, widok.





Poszliśmy na wielki obiad do knajpy obok, gdzie znowu obsługiwał nas najmilszy kelner ever (co jest z tymi miłymi kelnerami na Majorce to nie wiem; może po prostu wszyscy są gejami i to im wystarcza). Żebyście sobie nie myśleli, że my tacy bogaci jesteśmy i ciągle po knajpach łazimy – w Hiszpanii jest coś takiego jak Menu del Día, czyli powiedzmy nasze polskie Danie Dnia, tylko w praktyce jest to Trzydaniowy Obiad Dnia – pierwsze, drugie i deser, często picie jest w komplecie. Nie powinno to kosztować więcej niż 12 euro, a mnie ostatnio udało się zjeść za 8 tutaj.

Obejrzeliśmy tez katedrę z każdej strony, poza środkiem, bo oczywiście była zamknięta. Nie wiem czy ona jest naprawdę taka wielka, czy taka się wydaje w otoczeniu niezbyt wysokich budynków, ale po prostu robi wrażenie. Trafiliśmy przez przypadek do jakiegoś muzeum sztuki nowoczesnej (znowu, chyba innych tu nie ma), ale tylko na 15 minut; pan nas wygonił, bo już zamykano. Obejrzeliśmy aleję palm; palmy są magiczne uważam. Zupełnie jak śnieg. Poszliśmy na kamienie nad morze i zrobiliśmy sobie piękne zdjęcia zenitami i żadnego telefonem, więc nie mam co pokazywać. Musicie mi po prostu zaufać.




I tak mniej więcej wyglądała ta wycieczka, bo co można więcej własciwie robić w ciągu trzydziestu godzin? Wiem, można dużo więcej. A w ogóle to najchętniej bym tam została jeszcze z tydzień, mimo chłodu i wiatru. Następnym razem.