piątek, 16 września 2016

Osiemdziesiąt cztery: o takich samych twarzach i perypetiach małej Marii

"Myślisz że się sobie nawzajem podobamy, bo mamy takie same twarze?" pyta Maciej. Biorąc pod uwagę niezaprzeczalny narcyzm tkwiący w nas obojgu, nie wykluczałabym takiej możliwości. Z drugiej strony oboje jesteśmy w fazie denial, w której zaprzeczamy, jakiekolwiek potencjalne podobieństwo między nami.

Zupełnie niepotrzebnie.
Już wszyscy zdążyli nam wmówić, że mamy te same twarze.


Kiedy miałam dziewięć lat wyjechaliśmy całą rodziną do Francji. Mieszkaliśmy w małej mieścinie pod Motpellier (nie, nie w zamku, jak twierdzą niektórzy)(w zamku mieszkaliśmy potem hehe), w której o czymś takim jak szkoła dla cudzoziemców nigdy nie słyszano. Posłano nas więc, mnie i Jana, do normalnej francuskiej podstawówki dla normalnych francuskich dzieci. Dwoje małych szkrabów niemówiących ani słowa po francusku.

Z perspektywy wiem oczywiście, jak cenne to było dla mnie doświadczenie. To, że się nauczyłam języka, to jedno, ale podejrzewam, że dało mi to też dużą otwartość na świat i ludzi, rozbudziło ciekawość oraz nauczyło pewności siebie i umiejętności przełamywania lodów - zarówno z innymi ludźmi, jak i tych we mnie samej.

Ale to wszystko widzę oczywiście dopiero teraz - wtedy początki były jednym wielkim koszmarem. I pamiętam jak wczoraj mój pierwszy dzień we francuskiej szkole: dziewięcioletnia Maria nie rozumiejąca absolutnie nic, potrafiąca powiedzieć Je m'appelle Maria et je suis Polonaise. (nie wiem, swoją drogą, co wyobrażali sobie moi rodzice posyłając mnie tam). Nauczycieli  - nie rozumiem, dzieci - nie rozumiem.
Na przerwie usiadłam sobie w kąciku na podwórku licząc na spokój; ale podeszli jacyś dwaj starsi chłopcy i zaczęli mówić coś w tym okropnym, niezrozumiałym języku nieprzyjemnym tonem. Uciekłam z płaczem i schowałam się w klasie; z której z kolei wygodniła mnie l'institutrice , bo dzieci we Francji całą przerwę muszą spędzić na dworze. Więc Maria znowu w ryk; i tak mniej więcej to wyglądało.Nie mam pojęcia, w którym momencie zaczęłam swobodnie komunikować się i rozumieć otoczenie, ale na pewno trochę to trwało. Szkoła pozwoliła mojej mamie przychodzić ze mną na lekcje w roli tłumacza (do dziś wspomina, że dzień, w którym na jakimś sprawdzianie powiedziałam jej Ale źle mi mówisz, to jest tak, a nie siak, był dniem, w którym uświadomiła sobie, że już sobie poradzę).

Więc jeśli choć trochę współczujecie tej małej dziewczynce, to mam nadzieję, że mnie też chociaż trochę. Tylko że ja nie mogę się rozryczeć na środku podwórka i mama nie przyjdzie na zajęcia z krytyki literackiej, na której rozumiem może 5% wypowiadanych słów.

Tak się mniej więcej czuję, i czekam na ten moment, kiedy nie będę uciekała przed Hiszpanami, żeby nie musieć z nimi mówić po hiszpańsku.

A poza tym jest super. Będę mieć mało zajęć, dużo czytania, fiestowania, będę się uczyć fińskiego (po hiszpańsku)(klap klap)(brawa dla tej pani). Na razie każdy dzień to jajko - niespodzianka; tylko jeszcze do końca nie wiadomo, co się z tego wszystkiego wykluje.



niedziela, 11 września 2016

Osiemdziesiąt trzy: o hiszpańskich dyskusjach

Przyjeżdżamy do przyjaciółki Roberta, Inés, żeby zabrać jego walizy. Znaleźliśmy mu mieszkanie w samym dokładnie centrum Madrytu (to tak jakby w Warszawie mieszkać na Nowym Świecie) za przyzwoitą cenę. Jaramy się bardzo (ja też, bo mam dzięki temu gdzie spać, jeśli postanowię uderzyć w fiestę), chociaż zastanawiamy się, jaki może być haczyk. Ja obstawiam, że koleś wynajmujący jest jakimś dilerem.
Matka Inés wraca z zakupami; łapie mnie za podbródek i krzyczy "Que guapísima!" ku mojemu przerażeniu; potem z Inés przez 15 minut dyskutują o tym, czy Polki są raczej blondynkami, czy są ciemne; my z Robertem stoimy w przedpokoju i musimy wychodzić, bo już jesteśmy spóźnieni na wprowadzanie się do jego nowego mieszkania. (Tj. ja się tam nie wprowadzam. Zostaję u mojej pani L., bo jest tu jeszcze taniej i całkiem sympatycznie) To czego się musisz nauczyć o Hiszpanach, powiedziała mi Fernanda, to że uwielbiają dyskutować na gównotematy.

Poszłam z moimi hiszpańskimi kumplami-gejami (bo tylko takich mam) na soirée - żeby się trochę napić i pogadać po francusku (po hiszpańsku się staram, ale idzie mi jak koń pod górkę ze złamaną nogą). W momencie zamawiania pierwszego piwa już ziewałam - bo to, co musicie przede wszystkim wiedzieć o nocnym życiu w Hiszpanii, to że zaczyna się o 23. 
To znaczy: o 23 idziemy na pierwsze piwo. Chcecie potańczyć w klubie? Proszę bardzo, ale nastawcie sobie budzik na czwartą rano. 
Przyzwyczajona do zupełnie innego trybu życia, zostaję pośmiewiskiem jako ta stara ciotka, która musi o 22 znaleźć się w łóżku. 
Nauczyłam Hectora (dość przypadkowo) kilku przekleństw po polsku, co skutkowało tym, że idąc ulicą śpiewał na głos "Jebać to, jebać to, jebać to, NA ZDROWIE!"

Zakupiłam bilety do Finlandii na listopad (wiem, najlepsza pora, jaką mogłam wybrać, ale było po prostu tanio...) i pochwaliłam się ojcu, że mnie przez tydzień nie będzie na zajęciach w związku z tym. A to tak można? pyta mnie, więc tłumaczę, że liczę trochę na pobłażliwość profesorów*; na co on odpowiada: W sumie na początku roku w klasie naszej znajomej nauczycielki ktoś napisał kredą Maturę można powtórzyć; melanżu - nie. 

*jeśli okazałoby się, że coś takiego jak pobłażliwość na moim uniwersytecie nie istnieje, to ktoś może jest chętny na bilety do Turku za 128 złotych?




środa, 7 września 2016

Osiemdziesiąt dwa: o arogancji i hiszpańskim śniadaniu

Jak przyjechałam do Paryża, nie mówiła słowa po francusku - wyznaje Fernanda, Brazylijka, którą poznałam w zeszłym roku. - uczyłam się głównie poprzez czytanie i rozmawianie z moimi profesorami, więc zdarzały mi się takie kwiatki: mówiłam na przykład "to, co mi leży na duszy", a moi znajomi kręcili głową "Nie możesz tak mówić, to strasznie aroganckie"; "To jak mam mówić?" pytałam; "No nie wiem, na przykład to, co mi przychodzi do głowy". Na co ja odpowiadałam "ale tu nie chodzi o głowę, tylko o duszę".

Pokazała mi przepiękną dzielnicę Malasaña (kilka przystanków metra ode mnie zresztą)  - kolejna z tych z małymi krętymi uliczkami, hipsterskimi kawiarniami i przepięknym Palacio Longoria, w którym się mieści siedziba Hiszpańskiego Stowarzyszenia Pisarzy (tłumaczenie wolne). (Metro: Alonso Martinez)
 W Madrycie właściwie nie ma innego typu dzielnic. Jeśli się spojrzy na mapę, widać trochę wielkich alej przecinających miasto pod różnymi kątami, a między nimi drobna siatka nieregularnych uliczek. Spróbuj się, człowieku, nie zgubić - niestety nie wystarczy wiedzieć gdzie jest północ.

Pani L. u której mieszkam, jest niesamowicie zdziwiona za każdym razem, kiedy widzi, że jem.
Jesz teraz? O tej porze? (kiedy jest za wcześnie, lub za późno)
Jesz warzywa? Na śniadanie? (bo wiadomo, że najlepsze śniadanie, to hiszpańskie śniadanie: ciasteczko i kawa)
Jesz? Znowu?
Czuję się jak grube dziecko na obozie dla grubych dzieci. W końcu przyznałam się, że dużo jem, i jest szansa, że będę mieć spokój.

Pani L. też bardzo kręci nosem na to, że piję wodę z butelki. Przecież kranówa w Madrycie jest bardzo dobra! Może i jest, ale zajeżdża chlorem jak aquapark. Jak będę chciała wytępić od środka wszystkie bakterie, to wypiję całą wannę, nie ma problemu. Na razie znalazłam sposób (na oszczędzanie na wodzie! #EconomistOfTheYear) i do butelek z kranówą wrzucam plasterki cytryny. Może sobie zakwaszę żołądek, ale przynajmniej nie będę się czuła, jakbym piła basen.

I proszę się nie naigrywać, problem wody obecnie jest bardzo istotny. Między 10 rano a 19 wieczorem najlepiej w ogóle nie wychodzić z domu, bo grozi to udarem. Chcieliście spędzić piękne wakacje w Hiszpanii we wrześniu, kiedy turystów jest mniej i teoretycznie skwar już nie daje w kość? Nie polecam. 



niedziela, 4 września 2016

Osiemdziesiąt jeden: Maria na obczyźnie part I, czyli jak wygląda Madryt

Przystanek autobusowy wskazuje godzinę 18:18 i 42 stopnie Celcjusza. Możecie uznać to za zabawne, ale dla mnie nie jest. Ponoć pierwszy raz od wielu lat wrzesień w Madrycie jest tak gorący.

Zamieszkałam za półdarmo w sporym domu w całkiem bogatej dzielnicy (#przechwałki), w którym wszystkie pokoje są duże i przstrzenne POZA moim. Pozdrawiam moje 6 metrów kwadratowych - połowę tej powierzchni zajmuje łóżko, a drugą połowę komputer.

Moją jedyną towarzyszką jest osiemdziesięcioletnia starsza pani, której życiowym osiągnięsciem jest między innymi to, że tak zabezpieczyła swój dom ze wszytskich stron, że nikt chyba żadnym magicznym sprzętem nie mógłby się dostać do środka. Okna są zamykane na kłódki, a żeby otworzyć drzwi, trzeba przekręcić dwa zamki po cztery razy (tak od razu mówię, jakby ktoś się chciał do mnie włamać). Myślicie, że to zabawne, i ja też tak myślę, ale starsza pani wie swoje (i pewnie ma rację, bo my wszyscy będziemy robić to samo w jej wieku).

Gdyby nie to, że mam tu przyjaciół z zeszłego roku, prawdopodobnie czułabym się bardziej zagubiona niż kiedykolwiek (czyli dokładnie tak, jak rok temu). Już drugiego dnia zostałam zaproszona na fiestę, po czym zbuntowałam się i poszłam spać jak dziecko/jak babcia. Powiem tak - ten, kto nie był nigdy nagle wrzucony w tłumiszcze obcokrajowców mówiących w języku, który niby się zna, ale w sumie to nigdy się w nim nie mówiło - ten nie wie, co to za męka i powód do bólu głowy. Spróbuj człowieku spontanicznie się wyrazić jak inteligentna osoba (którą jesteś ponoć), kiedy nie potrafisz do końca używać subjuntivo. No spróbuj!

Poza tym, tutaj muszę się zgodzić z Héctorem, chyba się zestarzałam, alkohol mnie jakoś specjalnie nie bawi, tylko usypia. I bardzo dobrze, Maria, może wreszcie przestaniesz być takim pijusem. 

 Inne miłe uczucie: kiedy patrzę na mapę metra i kojarzę część stacji i kierunki, i co jest gdzie i kto jest kto; kiedy wybiorę się na spacer po centrum Madrytu i odkrywam, że się nie gubię (a przynajmniej nie tak bardzo; cóż sprawę jednak ułatwia google maps); ląduję w znanej mi już kawiarni na placu Opery (Cafe de Real nie ma swojego fanpeja ale polecam), w której zagaduje mnie kelner. Rozmawiamy z 15 minut po hiszpańsku (zaznaczam, ze  jestem tu od dwóch dni), dostaję drinka za darmo (he he he he hehehhe), rozmawiam z jakimiś Dunkami przy stoliku obok. Fajnie jest, tylko gorąco. Madryt pewnie nie zmienił się bardzo od zeszłego roku - zmieniło się pewnie moje nastawienie do tego miasta. Już nie myślę o nim jako wakacyjnym miejscu na odpoczynek; muszę zacząć myśleć jak o miejscu, w którym będę mieszkać.  Zatem witaj, nowy domu!
#AHOJ