poniedziałek, 22 sierpnia 2016

#mariapodróżuje: o Korfu


„Mama potrzebuje wakacji” powiedział ojciec. „Najlepiej na jakiejś dzikiej, upalnej wyspie, z dala od ludzi i wszystkiego, co związanego z pracą. Macie tu pieniądze i jedźcie z Janem.”

To wzięliśmy i pojechaliśmy na Korfu.



Zanim jednak opowiem o tym, jakie to przepiękne widoki, drzewa, kwiaty i owoce widzieliśmy (i jedliśmy) muszę się trochę poskarżyć na znane biuro podróży na R. Lot był za piętnaście pierwsza w nocy i przed szóstą rano wylądowaliśmy na trawniku przed naszym domkiem-hotelem. Mówię „na trawniku”, bo dosłownie tak było. Autokar wyrzucił nas przed sporym klockowatym domem w kolorze rozbielany oranż, kierowca wskazał palcem „tam”, a my grzecznie podziękowaliśmy i zabraliśmy nasze walizki. Jednakże „tam” nie było nawet recepcji, do której moglibyśmy się zwrócić, a wszystkie apartamenty były zamknięte (albowiem w części z nich jeszcze spali goście).
Byliśmy świadomi, że doba hotelowa jak wszędzie zaczyna się o 14; dlatego mama kazała nam spakować plecaczki na plażę (co byśmy na tej plaży robili o szóstej rano, to nie wiem). I na to właśnie byliśmy przygotowani, a nie na to żeby pchać się nad morze z walizami, których nie ma gdzie zostawić.
Recepcja ani właściciele zdawali się nie istnieć, dlatego, nie przejmując się konwenansami, rozłożyliśmy z Janem na trawniku koc i poszliśmy spać. Modliłam się tylko, żeby mi nerki nie przemarzły, bo w Grecji, jak się okazuje, zupełnie jak na pustyni: w dzień może być czterdzieści stopni, ale w nocy trzeba jednak zarzucić na siebie sweterek.

Miasteczko Acharavi, w którym wylądowaliśmy jest całkiem typowym turystycznym miejscem na Korfu, czyli – hotele są, knajpy są, stragany z pamiątkami są, tłumu – nie ma. Nie wiem jak to się dzieje, może turystom po prostu udaje się jakoś rozprzestrzeniać po tej maleńkiej wyspie (w najdłuższym miejscu ma 64 kilometry); w każdym razie najwięcej ludzi widziałam w stolicy Korfu, Korfu (hehe) oraz w Sidari, gdzie znajduje się słynny Canal d’Amour (nie polecam) – w przewodnikach atrakcja numer jeden, w rzeczywistości plasuje się tak w Top Najbardziej Przereklamowanych Miejsc na Kuli Ziemskiej.

Za to w naszej mieścinie znaleźliśmy sklep-warsztat z wyrobami z drzewa oliwnego: od biżtureii, poprzez figurki, stojaki na okulary, ołówki, po talerze, sztućce i łyżki – wszystko tworzone na miejscu (i z możliwością grawerowania! Na przykład „kocham mamę”, ponoć dość popularne). Olive Wood Shop prowadzi Holenderka mieszkająca na Korfu od lat trzydziestu wraz z papugiem Angelo, ośmioma kotami i mężem Grekiem (tym, który ją tam wywiózł).

Jeśli już gdzieś wyjechaliście (na przykład na Korfu), to nie bądźcie, proszę, typowymi Polaczkami cebulaczkami na wakacjach, którzy leżąc w basenie i popijając drineczki z open baru przez tydzień, nawet nie wiedzą, że jest im wszystko jedno gdzie są; byle hotel miał PIĘĆ GWIAZDEK (!!!!!!).
Więc nie bądźcie nimi – i ruszcie się. Bo choć Korfu jest malutkie, to skrywa wiele pięknych i ciekawych miejsc; najmniej co można zrobić, to podziwiać widoki. A widoki są dosłownie wszędzie. I mamy na to czas w czasie jazdy autobusem, bo z powodu górzystych terenów przejechanie 34 kilometrów czasem zajmuje dwie godziny. Tak na przykład było, kiedy wracaliśmy o 22 z Kerkiry, stolicy Kerkiry.

Umm, skąd?

No bo tak, proszę państwa, wysepka ta ma dwie nazwy: Korfu i Kerkira. Przy czym Kerkira jest nazwą tradycyjną, a Korfu nadaną przez Wenecjan (i nie przejdzie Grekowi przez gardło), którzy zabawili się na wyspie przez dobre kilkaset lat – w międzyczasie zasadzili 4 miliony drzewek oliwnych, bo wymyślili sobie, że zdobędą monopol na oliwę do lamp. Można i tak.



Jeśli chodzi o samo miasto – mocne 9/10. Chcesz zgubić się w malutkich uliczkach? Pooglądać greckie prześcieradła na sznurach? Zjeść najlepszą baklavę pod słońcem? Kupić lnianą koszulę na straganie? Ugotować się w czterdziestu stopniach słońcu? Ale za to obejrzeć starą fortecę zbudowaną w XVI wieku? Proszę bardzo, zapraszamy do naszej pomarańczowo-kremowo-żółtej krainy, trochę nieuporządkowanej i brudnawej, ale za to urokliwej. (Swoją drogą, ponoć o ile Greckie domy z zewnątrz wyglądają na średnio zadbane, to w środku lśni czystością na co dzień).






Nie mogę polecić konkretnej kawiarni, bo naprawdę ciężko znaleźć coś, co by się szczególnie wyróżniało na tle reszty; wszędzie serwują to samo, i trzeba uważać na kilka rzeczy.
Po pierwsze, jeśli nie słodzicie kawy, to trzeba to zaznaczyć ba-rdzo wy-ra-źnie, ponieważ cukier do napojów tam się sypie każdemu chochlami.
Po drugie z niewiadomych powodów standardem jest kawa nie z ekspresu, a rozpuszczalna (tu muszę zabłysnąć moim snobizmem, ale fakt jest taki, że kawy rozpuszczalnej po prostu nie jestem w stanie). A różnica w cenie jest praktycznie żadna.
Po trzecie polecam greek cofee – coś podobnego do kawy po turecku, tylko mniej mocne i mniej słodkie. No i americano u nich chyba nie istnieje, więc jest to dobra alternatywa.
Po czwarte miłym greckim gestem jest to, że do każdej kawy dostaje się dużą szklankę wody. Ponoć woda jest tradycyjnym napojem Korfu (iks de). 












Jeśli mówimy o ruszaniu się z miejsca, to serdecznie polecam Sałatkę poGrecku. Nie tę potrawę (choć oczywiście fajnie zapłacić 4 euro w knajpie nad samym morzem i się najeść), tylko mojego nowego ulubionego bloga o Grecji (w sumie też pierwszego), którego autorka mieszka w Atenach i organizuje latem wycieczki po Korfu. A wycieczki fajne, bo z dala od typowo turystycznych miejsc i ze świetną przewodniczką. Coś Wam powiem: to czuć, jak ktoś opowiada o czymś co zna na co dzień i w tym żyje, a jak się doczytał w książkach. Bo ciekawych rzeczy o samych Grekach można się dowiedzieć. Wiedzieliście do czego służy oko proroka? Otóż nie, nie przynosi to szczęścia. Ma na celu odegnać ból głowy – albowiem ból głowy to objaw złego uroku, który ktoś na nas rzucił poprzez długie wpatrywanie się w nas z zazdrością lub zawiścią (na przykład jak za dobrze wyglądasz w kostiumie kapielowym na plaży, to bądź pewny/a, że potem będziesz mieć migrenę). I bez śmiechów tutaj – Grecy traktują ten przesąd bardzo poważnie; tak poważnie, że jego elementy znajdują się w nauczaniu kościoła prawosławnego. (Tutaj też ciekawostka: myśleliście, że w Grecji mamy samych grekokatolików? Ha ha, otóż nie, tam króluje prawosławie. Wyznawców grekokatolicyzmu prędzej znajdziecie w Polsce lub na Ukrainie) 

 

Dorota, autorka Sałatki, wywiozła nas między innymi na tak zwaną Rajską Plażę, mieszczącą w się w Paleokastritsy. Rajska jest chyba głównie dlatego, że da się do niej dostać tylko od strony wody (małą motoróweczką na przykład), zatem nie ma tam wiele ludzi. Jest za to bar z zimną kawą (!) prowadzony przez pewną rodzinę, która tam mieszka przez trzy czy cztery miesiące w roku. Mają taki namiocik i sprzedają branzoletki i malowane kamienie.
Mnie osobiście do rajskości brakowało tam roślinności – bo wszędzie tylko kamienie; plaża też kamienista, jak większość plaż na Korfu, polecam zatem zabierać ze sobą buty do pływania. Jeśli macie takich fajnych kierowców motorówek, jak my mieliśmy, to możecie zobaczyć Niebieskie Groty. Chociaż na mnie i tak z niebieskich rzeczy najbardziej robiła wrażenie turkusowa, przejrzysta woda. Niby trochę się podróżowało, ale przyznać muszę, że czegoś takiego jeszcze nie widziałam. A co dopiero żeby się w tym kąpać!






A skoro już jesteście na morzu, to płyńcie koniecznie na Paxos i Antypaxos (trochę żarcik, stamtąd nie dopłyniecie, a już na pewno nie motorówką).
Paxos to takie miejsce albo na podróż poślubną albo na pisanie powieści. Jakbym miała dużo pieniędzy na moim marnym koncie, wybyłabym tam na pół roku; i w sumie nie wiem co robiła, ale na pewno się opaliła na solidny mosiądz. Znowu małe uliczki, kolorowe domki, świeże figi, miłe kelnerki w lokalnych kawiarniach, z którymi można porozmawiać sobie o Grecji; bajkowe (czy też bajeczne?) widoki, naprzeciwko prywatna wysepka jakiegoś Niemca; świeże kalmary i ośmiorniczki, i koty, mnóstwo kotów, rudych, kolorowych, domowych i bezdomnych, i wszystkie chude jak szczapy – ponoć dlatego, że nie potrzebują mieć dużo futra, bo jest gorąco. Jedzenia najwyraźniej też nie potrzebują. Z ciekawostek: bezdomne koty się dokarmia, albowiem odstraszają one węże, które ponoć wiją się gdzieś wyżej w górach. 

 


 

Na Paxos można dopłynąć promem z Kerkiry i choć nie mogę polecić tego z autopsji, to podejrzewam że i tak jest to lepsza opcja niż wykupiona wycieczka – czyli to, co my zrobiliśmy. Nie polecam. Statek prawie nam urwał głowę. 




 


Żeby nie przeciągać (a i tak jestem pod wrażeniem tych, którzy dotarli do tego miejsca), na koniec kilka oddzielnych rzeczy wartych polecenia:

Angelokastro -czyli bizantyjski zamek obronny z XI lub XII wieku. Warto się wdrapać, bo widok przepiękny, a potem można poskakać po kamieniach i drzewach.

Kormoranos – jeśli jakimś przypadkiem trafiliście do Acharavi, i akurat wypada pora obiadowa, to koniecznie udajcie się na plażę i znajdźcie tę restaurację, w której zjedliśmy chyba najlepsze tradycyjne greckie dania ever ever (a porcje jak dla trzech głodnych wielorybów). Warto pamiętać, że tradycyjne dania na Korfu są greckie średnio na jeża – mają w sobie duże wpływy włoskie i angielskie.

Kassiopi – czyli miejsce, do którego uciekliśmy z Acharavi, bo tam plaża była dość beznadziejna. Rybackie miasteczko, znowu (!) małe uliczki, przepiękna plaża na minipółwyspie – a wystarczy tylko przejść 200 metrów i już prawie nie ma ludzi i leżaków za 7 euro. 





 

Wróciłam całkiem ciemna i wypoczęta. Nagle okazało się, że 19 stopni to zimno (tam, jeśli temperatura spadała z 40 do 28, mówiliśmy „ojej jak chłodno!” i zakładaliśmy swetry). Zostały mi niespełna dwa tygodnie w Polsce, a potem lecę do Madrytu i zostaję Latynoską.  

Mam nadzieję, że wakacje minęły Państwu wybornie i wypoczęcie!
Ja tymczasem idę sobie zjeść trochę fety.

PS Ja wiem, że nie powinno się tak znienacka dodawać posta po pół roku milczenia i to bez żadnych przeprosin, no i nie ukrywam, że trochę mi przykro i w ógóle, ale mam nadzieję jednak, że blogosfera mi wybaczy. 

 

poniedziałek, 22 lutego 2016

#mariapodróżuje: o Londynie

Do Londynu uprzednio pojechałam tylko raz z moją przyjaciółką Zofią, na dwa tygodnie. Zapamiętałam czerwone autobusy, koszmarny Primark na Oxford Street, pojedyncze muzea, Buckingham Palace i ogólne wrażenie. Ale miałyśmy wtedy ledwo skończone 16 lat i musiałyśmy wracać do domu o 18, bo tak przykazała nam ciocia. Zatem kiedy mój drogi przyjaciel Bartek wyprowadził się do tegoż miasta na studia, stwierdziłam, że jest to świetna okazja, żeby się tam znaleźć raz jeszcze i przekonać, czy może Londyn jest na tyle atrakcyjny, że moge się w nim spokojnie zakochać. No więc przekonałam się, że nie.



Od razu sprostuję: to nie jest tak, że Londynu nie lubię, nie uważam że jest paskudny ze swoją pogodą i Anglikami mówiącymi, jakby trzymali kluski w gębie, z nadęciem z jednej strony i ubogimi imigrantami z drugiej. Wręcz przeciwnie, różnorodność na ulicach jest tak ciekawa i niesamowita, że ma się wrażenie, że każda osoba mijana na ulicy jest bohaterem książki Zadie Smith. Ale panuje tu jednak jakiś chaos i burdel (dosłownie, jest dość brudno i nikomu to specjalnie nie przeszkadza), tłum ludzi przytłacza, plan miasta sprawia wrażenie jakby był specjalnie zrobiony tak, żeby trzeba było się w nim zgubić po pięciu minutach, niejednolita architektura po prostu dziwi (to znaczy na jednej ulicy mamy domki komunalne z czerwonej cegły, na następnej białe kamienice z kolumnami. Aha). Wbrew pozorom jestem fanką symetrii, więc pozostaję w Team Paris, ale i tak mam nadzieję wrócić do Londynu, żeby odkryć tę masę rzeczy, których nie zdążyłam zobaczyć w ciągu tych sześciu dni.

Jeśli ktoś wybiera się do Londynu po raz pierwszy, to od razu ostrzegam: to nie jest tania impreza. Bilety można oczywiście kupić bardzo tanio w Ryan Airze (leciałam pierwszy raz w życiu tanimi liniami, oczywiście wylądowałam między Januszem a Grażyną, gdzieś tam z tyłu czaił się Brajanek i Dżesika, superprzeżycie, polecam), dalej jest już gorzej. Możecie oszczędzać na wszystkim: na metrze (i chodzić 30 km dziennie), na jedzeniu (tj. nie jeść na mieście), nie kupować prezentów, nie wysyłać pocztówek, nie zwiedzać płatnych muzeów - ok, wtedy może faktycznie coś zaoszczędzicie, ale co z tego, skoro nic nie zobaczycie prawie. Tak, Londyn jest po prostu koszmarnie drogi, i radzę od razu po przyjeździe wyzbyć się zwyczaju przeliczania wszystkiego na polskie zlotówki, bo można wtedy i rączki, i nóżki i główkę załamać. Można też nie przejmować się, kupować wszystko i zbankrutować (to moja ulubiona metoda).




Wiecie doskonale, że jestem fanką muzeów (znajomi w Madrycie śmiali się, że w ciągu dwóch tygodni odwiedziłam ich więcej niż oni w ciągu całego życia), ale nie będę się rozpływać nad National Portrait Gallery czy Victoria and Albert, bo o tym można sobie w internecie poczytać więcej i ciekawiej. Myślę jednak, że z czystym sumieniem mogę polecić małe Jewish Museum mieszczące się w dzielnicy Camden (bardzo blisko stacji metra Camden Town); szczególnie laikom, którzy o historii i tradycji Żydów wiedzą niewiele, a chcieliby trochę więcej (komuś lepiej poinformowanemu muzeum może wydać się raczej banalne, poza wystawami czasowymi).

Jeśli już jesteście w Camdem to proszę odwiedzić koniecznie najlepszą kawiarnię, w jakiej kiedykolwiek byłam (no dobrze, może nie, ale na pewno jest w moim TOP 7), Yumchaa. Jest to (niestety, dlatego minus pięć do hipsterstwa) sieciówka posiadająca pięć lokali, i nawet jeśli ten, do którego trafiłam na Camden Parkway był ich najlepszym, to te pozostałe (gorsze) i tak pewnie trzymają poziom. To, co urzeka to fakt, że wszystkie meble są przypadkowe i nie da się znaleźć dwóch takich samych krzeseł; część sufitu jest przeszklona, dzięki czemu do środka wpada mnóstwo światła, przy którym da się myśleć i pracować (Maria jest bardzo światłolubnym zwierzęciem); można także się rozłożyć na trzech kanapach; można poflirtować z baristą, który co prawda wciska jakieś herbatki nie z tej ziemi, ale jaki wybór jest tych herbatek!; no i wreszcie, można wypić matcha latte, której, nie ukrywam, szukałam cały prawie wyjazd, i w końcu mi się udało (przysięgam, przeszliśmy z Bartkiem całe China Town - wiem, że matcha jest japońską herbatą, wiem -  w jej poszukiwaniu, i w końcu trafiliśmy do jakiejś plastikowej sieciówki, gdzie dostałam niebieskawy przesłodzony napój z rurką. To na pewno nie było to, czego szukałam). A jeśli nie macie czasu na siadanie, to niedaleko stoi coś o nazwie Coffee Jar, maleństwo takie mikroskopijne, ale kawa dobra, panie miłe, stali klienci pomocni w szukaniu Jewish Museum, nawet papierowe kubki ładne. (tutaj powinnam skończyć ten przewodnik po kawiarniach, ale niestety...)




Camden trzeba się przejść, żeby zobaczyć te stragany i kolorowe budki z niesamowita ilością chłamu i tandety (choć nie tylko) a także by odwiedzić największy (i w sumie jedyny) sklep techno w którym byłam. O ile ktoś nie cierpi na epilepsję, można sprawdzić swoją odporność na migające światła, fluorescencyjne przedmioty, kiczowate czapki i tancerzy w klatkach gibających się do dum-dum-dum-ts.

Jeśli już jesteśmy w klimacie tych hipsterskich dzielnic ze street artem na każdym budynku, to jedziemy do Shoreditch. Właściwie głównie po to, żeby połazić, pooglądać vintage shopy jeden obok drugiego, przymierzać stare futra i marynarki w cekiny oraz najzabawniejsze hawajskie koszule pod słońcem (choć słońca brak); odwiedzić Spitalfields Market (duża piąteczka!); znaleźć kolejną mikroskopijną kawiarnię, gdzie gościem honorowym był mały szary kot, i w której właściciel powtarza co drugie zdanie „This is my wife's shop”, bo on tylko tutaj robi remont kominka; pytamy gdzie toaleta, a on znowu „This is my wife's shop”, toalety tu nie ma, ale jak pójdziemy do końca ulicy i przejdziemy przez takie czarne drzwi, tam jest jego składzik (?), tam jest toaleta. Poszliśmy, było ciekawie, dużo rupieci, może jakieś rave'y tam się odbywają, nie wiem.





(Tak, będąc ironiczną Marią kupiłam w Londynie czapkę z napisem PARIS. Człowiek-suspens)

Skoro tak dzielnicami zwiedzamy, to oczywiście nie może na mojej liście zabraknąć Notting Hill. I to bynajmniej nie z powodu Hugh Granta, którego tam niestety w walentynki nie spotkałam, a szkoda. Nigdy nie przejdę do porządku dziennego z moim zachwytem nad tymi szeregami domków, kolorowymi ścianami, niebieskimi drzwiami, czasem okiennicami, murowanymi gankami, drewnianymi ławkami stojącymi gdzieniegdzie. Portobello Market mogłoby nawet nie istnieć, bo same te widoczki mi wystarczają. I kwiaty. Wszędzie kwiaty i kwiaciarnie; w końcu były walentynki i panowie zestresowani wybierali odpowiednie kolory i ilości róż. Panie kokietowały i płaciły za obiad w kawiarniach. Wszędzie Francuzi, którzy widać uznali, że na ten specjalny weekend Londyn jest bardziej romantyczny od Paryża (?!). Przez przypadek kupiłam kawę w najsłodszej, najbardziej lukrowanej, pociastkowanej i słodzonej kawiarni we wszechświecie (liczyłam właśnie na to, że na ulicy wpadnę na Hugh, wyleję mu kawę na spodnie, a potem będzie love story. Nic z tego. Ok, dalej szukam przystojnego Szweda).




Jako prawdziwa fanka Sherlocka, oczywiście musiałam pojechać na Baker Street. Trochę rozczarowanie, nie ukrywam, zrobili tam kiczowate muzeum, za które z góry wiedziałam, że nie chcę płacić. Choć pojechanie w tamte rejony wcale nie jest takie bezsensowne, albowiem tuż obok mamy przepiękny, przeogromny, przezadbany Regent's Park (nie powiem, że do Hyde Parku się nie umywa; po prostu jest inny). Weszliśmy tam akurat popołudniu, kiedy już zaraz miało zachodzić słońce #romantycznie. Rozpływaliśmy się nad jeziorkami, drzewami, palmami i innymi egzotycznymi (?) roślinkami. Natura w mieście to taka dziwna rzecz, zawsze szokuje. W Londynie szczególnie, bo jeśli wyjść z parku, dalej czeka nas tylko beton, cegła, ewentualnie beton.
Z drugiej strony parku (oczywiście trzeba trafić w odpowiednie wyjście, nie ma tak łatwo, hehe) wychodzimy do dzielnicy St John's Wood. No, tu wiadomo, że bogactwo, złoto i klejnoty się sypią. Głupio aż się nie zastanawiać nad cenami tych willi; a piękne są, to prawda (choć znowu, jak to w Londynie, pójdziemy 4 ulice dalej, i już mamy kompletnie inną architekturę).



Jednakże! Wracając do Sherlockowego wątku, miałam to szczęście, i to zupełnie przez przypadek, żeby stanąć w miejscu, w którym na koniec 2 sezonu (spoiler! spoiler! a nie, i tak wszyscy o tym wiedzą) tego prześwietnego serialu Sherlock skoczył z dachu. Nie mogłam jednakże za bardzo się ekscytować ani oddać hołdu, albowiem przyszłam tam z całą grupą obcych mi ludzi, którzy wybrali się na darmowy GhostTour by Foot. Przewodniczką okazała się bardzo otwarta Kanadyjka, która poczęstowała nas takimi ciekawostkami jak to, że 70% ludzi mieszkających w Londynie nie pochodzi z Londynu (zatem wszyscy z nas mówiąc po angielsku mamy typowy londyński akcent), czy to, że Hyde Park, jak i większość innych parków, jest jedną wielka masową mogiłą, gdzie chowano ludzi w czasie zarazy. A także to, że miasto Londyn posiada swój specjalny fundusz na wypadek gdyby taka zaraza przyszła raz jeszcze i znów trzeba by chować miliony ludzi. Było więc trochę straszno, trochę zabawnie; polecam te darmowe wycieczki, zawsze jak się komuś nie podoba, to można sobie uciec.



 Żeby bardzo nie zanudzać, na koniec chętnie napiszę listę miejsc, w których byłam, polecam, jeśli akurat będziecie tamtędy przechodzić, może się skusicie, może nie, może się spotkamy.

Neal's Yard - trzeba umieć szukać i umieć znaleźć. Mały kolorowy zakątek, nagle w środku miasta robi się prawie cicho. Tu znaleźliśmy najlepszą pizzerię na świecie: Home Slice (siedemdziesiąt na dziesięć, poza tym że mają tylko papierowe talerze i absolutny brak sztućców) oraz najbardziej wegańską/ organiczną/ eko knajpę, Wild Food Cafe (przysięgam, nawet kelnerzy byli organiczni).

Hunterian Museum - mieszczące się w Royal College of Surgeons (#prestiż); dużo organów w formalinie; obrazy sprzed dwustu lat ilustrujące specyficzne przypadki medyczne; więcej formaliny. Jeśli kogoś interesuje medycyna i chce poczuć, jaki w dotyku jest mózg, polecam.

Fleet River  - znalezione po drodze do Hunterian Museum. Tłum ludzi w środku, mimo małej powierzchni kawiarni, więc Maria zgodnie ze starą paryską zasadą dotyczącą knajp "tam, gdzie dużo ludzi, tam najsmaczniej i najtaniej" oczywiście weszła do środka. Nie zawiodła się, o nie. (szczególnie odkąd piję bardziej americanę z mlekiem zamiast latte, w którym nie czuć smaku kawy, mogę sobie wyrobić opinię o tym jak smakuje dobra kawa. No więc smakuje właśnie tak.)

Gagosian Gallery - sztuka nowoczesna! Mieliśmy szczęście i akurat trafiliśmy na wystawę Warhol/Avedon (!), którą można będzie jeszcze obejrzeć do 23 kwietnia (spieszyć się, spieszyć). Za bilet się nie płaci, obrazki fajne, wiadomo - klasyka, galeria biała i przyjemna. Na przeciwko skład zbitych luster, można zrobić sobie selfie w ramach atrakcji.

Wellcome Collection - takie wszystko w jednym: restauracja, galerie i wystawy, sale konferencyjne oraz na samej górze biblioteka otwarta dla wszystkich; całkiem ciekawie urządzona, choć raczej nie nadająca się do pracowania w niej przez długie godziny z uwagi na wchodzące co chwila grupki ludzi (takich jak my, na przykład), przekładających książki i dotykających wszystkiego, czego nie można było. Tak, czasem włącza nam się tryb pięciolatków.





Może narzekałam na ten Londyn najpierw, ale suma sumarum piszę o różnych miejscach bardzo pozytywnie; tak, ponieważ nie był to zły wyjazd, Londyn nie jest zły generalnie (choć z Bartkiem się nie zgodzę, że to dobre miejsce na studia, za drogo, jak biedny student ma tu niby żyć?). Nie jest zły także dlatego, że to tutaj właśnie dowiedziałam się, że, uwaga, uwaga, wyjeżdżam na Erazmusa do Madrytu na rok (!! hip hip hurra). Nie pytajcie  jednak w tym momencie co z blogiem, bo ja sama na razie nie mam pojęcia, gdzie będę mieszkać.


Tym optymistycznym akcentem kończę ten fascynujący post; mam nadzieję, że ferie Wam minęły / mijają radośnie, szalenie i w atmosferze kompletnego oderwania od szarej rzeczywistości. 

środa, 10 lutego 2016

Siedemdziesiąt siedem: o aniołkach, komplementach i szarych swetrach

Ścigam się z moim psem, kto pierwszy zbiegnie po schodach na sam dół. Miśka jednak nie wie, że się ścigamy, więc zostaje daleko w tyle i szczeka na przechodniów, których wyczuwa przez otwarte okno. Większość z nich wydaje mi się niewidzialna.

Spędziłam dwa cudownie leniwe dni w domu Kasi w towarzystwie jej chłopaka i jeszcze jednego kolegi. (hm, Kasia też tam przebywała) Nie myłam włosów i miałam to gdzieś, jedliśmy dużo dobrych rzeczy; piliśmy kawę o pierwszej w nocy; siedzieliśmy na mało ciekawych stronach internetowych (chłopcy ponoć uczyli się do egzaminów);  oglądaliśmy filmy i leżeliśmy na kanapie; i nie przeszkadzało mi nic absolutnie w tej błogości nicnierobienia, żadne pulsowanie z tyłu głowy, świadomość, że muszę coś zrobić czy mam jakiekolwiek obowiązki. Nie mam, i koniec.
(w nawiasie: uznaję to za szczęśliwy zbieg okoliczności, że nie mogę tymczasowo pić alkoholu; obawiam się, że w innej sytuacji nie dałoby się mnie wyciągnąć z barowego błędnego koła – tak bardzo świętowałabym tę posesyjną wolność)

Obudziłam się za wcześnie, jak zawsze, zanim Kuba zdążył zejść na dół, wypiłam osiem kaw.
- Wiesz, wyglądasz jak taki aniołek z rana – powiedziałam – I potraktuj to jako komplement, bo większość ludzi po przebudzeniu wygląda jak strachy na lachy.
- Niech będzie – powiedział. Wtedy zeszła Kasia i usłyszałam, jak do niej mówi – o teraz jak staniesz przy Marii to widać jaka jesteś ładna.
Dzięki, Kuba, właśnie tego potrzebowałam. Co za szczęście, że twoja dziewczyna przyjaźni się z kimś brzydszym od siebie.

Dlatego właśnie lubię mówić komplementy obcym ludziom - dziewczynie z kawiarni, bo ma piękny warkocz i chłopakowi w sklepie, bo nosi szaloną czapkę w renifery  - dlatego, że ci ludzie się uśmiechają i reagują entuzjastycznie i wiem, że w ten sposób (jest taka mała szansa) trochę robię im dzień. Nikomu znajomemu nie można powiedzieć noc miłego, bo zaraz będzie że wszystkich podrywam. Własną przyjaciółkę także.

Lotnisko w Modlinie jest tak uroczo proporcjonalnie małe do Okęcia; za dużego wyboru jeśli chodzi o alkohole to nie ma, niestety. Siedzę w przeogromnym szarym swetrze, w którym wyglądam jak kłębek wełny, a to specjalnie, żeby ewentualnie żadne paparazzi mnie nie rozpoznało. Cała na szaro jadę do szarego Londynu, mając jednak nadzieję, że jakieś słońce czasem zaświeci.
Proszę się zatem spodziewać w najbliższym czasie wybitnie ciekawych i poszerzających horyzonty postów o stolicy deszczu i starych pubów. Aloha!