czwartek, 1 grudnia 2016

#mariapodróżuje: o Finlandii

Co tej Marii w ogóle strzeliło do głowy, pomyślał Mateusz, kiedy zakomunikowałam mu, że przyjeżdżam do Tampere na pięć dni pod koniec listopada. Tak, Tampere, tego w Finlandii (innego nie znam). Zastanawiali się z Jolą, co w ogóle będę robić, a pewnie nic nie będę robić, bo jak zobaczę tę pogodę, to zawrócę na lotnisku i powiem Sorry, wracam do Madrytu, tak przynajmniej czasem wychodzi słońce i ludzie do siebie mówią.

Ale zostałam, i nawet bez większych komplikacji udało mi się przeżyć (chyba) pierwszą samodzielną tak bardzo wieloodcinkową podróż: Warszawa - Gdańsk - Turku - Tampere.

Finlandia głównie się składa z lasów, jezior, jezior i lasów; dlatego przebywając w mieście, nawet trzecim największym w kraju, niekoniecznie ma się wrażenie, że jest to miasto. Tampere na przykład, położone zresztą nad dwoma jeziorami (które są jednym jeziorem połączonym kanałem), jest lasem otoczone, oraz ten las w sobie zawiera. A może są to nawet pola jakieś, ciężko stwierdzić. Przekraczasz granicę miasta, albo nawet i tego nie musisz robić, i już jesteś na mazurach. Finlandia jednak nie jest płaska - górzysta zresztą też nie; ale spróbujcie połazić cały dzień po takim Tampere i nie poczuć jak wam się robią pośladki od wspinaczki.



Z fińskimi miastami jest taki problem, że nie znajdziecie w nich tak zwanych zabytków. Przez całe wieki kraj ten budowany drewnem, w związku z czym regularnie płonął, często doszczętnie. Najstarszym, co widziałam, były kompleksy robotniczych budynków z XIX wieku - klasycznych, industrialnych, z czerwonej cegły. W latach dwudziestych niejaki szkot o nazwisku Finleyson założył w Tampere załozył firmę produkującą tekstylia - w tym celu wybudowano wielkie fabryki i mieszkania robotnicze w pobliżu; powstał nawet kościół przeznaczony dla pracowników (2/10). Obecnie znajdują się tam biura, sklepy i Työväenmuseo Werstas (Muzeum Ludu Robotniczego), w którym można obejrzeć stare maszyny do szycia oraz kolekcję fotografii.






Te drewniane domki, które się widuje na zdjęciach ze skandynawii to wszystko prawda, i są urocze jak małe króliczki. Stoją też sobie takie często w centrum miasta - a właściwie coś mniejszego na ich wzór - tworzą kolorowe ciągu budek targowych, w których można dostać różnego rodzaju produkty spożywcze, a teraz, z uwagi na zbliżające się święta, bożonarodzeniowe bibeloty. Wszędzie wiszą światełka, i muszę przyznać, że naprawdę ładne te dekoracje, nie takie fioletowie kiczowate fiu bździu, jakie się widzi u nas; raczej białe, proste kształty. Zachwytom nie było końca.










Finowie zbyt religijni nie są, więc kościołów też nie spotyka się na każdym kroku - ale jak już się spotka to szok niedowierzanie wtf; głównie dlatego, że są to kościoły stosunkowo nowe, nie mają więcej niż kilkadziesiąt lat i często są typowym przykładem konkretnej mody w architekturze, która nigdy nie powinna była się pojawić. Poza tym podejrzewam, że każda typowa polska babcia uznałaby za profanację i szkalowanie Jezusa Chrystusa kompletnym brakiem jakichkolwiek dekoracji we wnętrzu. Często trudno się połapać w ogóle gdzie znajduje sie ołtarz, bo jest tak mało wyróżniający się. Opływające złotem barokowe katolickie kościoły wołają o pomstę do nieba. Tak więc w programie mamy: wielki betonowy kościół, okropny brzydal z zewnątrz, w środku imponująco wysoki i pusty; drewniany z zewnątrz klocek przypominający dziób statku, w środku kompletnie pusty (Helsinki); kościół w skale (Temppeliaukio), mniej pusty, i zdecydowanie robiący najwieksze wrażenie (podsyłam linki, bo zdjęcia słabe).







Muszę oczywiście także poruszyć mój ulubiony temat - którym jest oczywiście kawa (i jedzenie). Pierwszym, co dziwi stałego bywalca kawiarni w różnych miejscach w Europie (ha ha), jest to, że w każdej kahvila poza standardowymi capuczinami i lattami na barze na specjalnej płycie grzejniczej, stoją (zazwyczaj) dwa szklane dzbanki tego typu, jeden z kawą, drugi z herbatą. Obok mleko i śmietanka; płacisz dwa euro i lejesz co chcesz. A jako, ze Finowie to bardzo praworządny naród, nikt nie będzie Cię podejrzewał o jakieś oszustwa, w stylu sześciokrotnej dolewki. I przyznam, że chociaż na początku zdziwiło mnie to, wręcz trochę odrzuciło (przecież chciałam jakieś fancy latte ze wzorkiem na powierzchni i karmelową pospką!)(jk), to potem (po dwóch dniach znaczy się) przyzwyczaiłam się i teraz trochę mi przykro, że nie ma tego u nas, czy w Madrycie. Tylko mleko mogliby też podawać ciepłe.






Wspomniałam o jedzeniu, ale potem sobie pomyślałam, że tak naprawdę nie ma za bardzo o czym wspominać. Owszem, spróbowałam mięsa renifera, ale tego raczej nie można uznać za typowe fińskie danie; takie coś jak odpowiednik naszego obiadu z ziemniakami i schabowym nie istnieje; a jeśli istnieje to pewnie jest tak bardzo bez smaku, że nawet nie chcecie wiedzieć, co to. To właśnie jedna z rzeczy, na którą narzekają Mateusz i Jola – Finowie nie znają przypraw. Jedynym, co występuje całkiem często, głównie w wyrobach cukierniczych, jest kardamon – i to, muszę przyznać, im się udało. Typowym fińskim słodyczem (poza słoną lukrecją, o czym wszyscy wiemy) jest munkki, czyli donought z kardamonem posypany cukrem – tak, takim żywym cukrem, co jak zaczniesz gryźć ten pączek, posypiesz się cały i potem będzie cię swędziało za dekoltem. A najlepsze takie słodkości w Tampere ponoć można dostać w Pyynikin munkkikahvila – czyli kawiarni w wieży obserwacyjnej, do której zaszliśmy po wycieczce na plażę nad jeziorem. Zachwycaliśmy się kolorystyką skał i porostów, kontrastem białego piasku z szarą wodą, śmiesznym małym mostkiem. Poleźliśmy na coś w rodzaju mini półwyspu i mogliśmy się poczuć jak podróżnicy na końcu świata. Jedyne właściwie czego żałuję, że nie zrobiłam, to że nie połaziłam więcej po tej naturalnej części Finlandii – ale to może sobie zostawię na mojego wakacyjnego tripa po Skandynawii; kto jedzie ze mną?




Finów nie poznałam, bo Finowie to skryty naród, i jak raz słyszeliśmy jak ze sobą rozmawiaja w autobusie, to byliśmy w szoku. Na to zresztą narzekali moi gospodarze – zaprzyjaźnić się z Finem to rzecz trudna, jeśli nie niemożliwa. Jak raz poszliśmy do klubu (żeby nie było, że jestem jakąś super imprezowiczką – byłam w klubie drugi raz podczas mojego erasmusa) i trafiliśmy na grupkę Finów, to ciężko było stwierdzić, czy bardziej się nudzą, czy męczą. A my bawiliśmy się przednio w górskich butach i dżinsach pośród ziomeczków w marynarkach i laseczek w minisukienkach.


Pojechałam także na jeden dzień do Helsinek, bo stwierdziłam, że nie mogę przepuścić takiej okazji. Miałam dużo szczęścia – akurat na jeden dzień wyszło słońce. Trochę mi było szkoda czasu i pogody na spędzanie godzin w muzeach (co bym pewnie robiła, gdyby padało, a także gdyby bilety nie kosztowały trzynaście euro ze zniżką studencką), więc połaziłam, i muszę przyznać, że miasto to wydaje się świetnym miejscem do życia (gdyby nie ceny wszystkiego). Zachwyciła mnie architektura w centrum, także ta nowoczesna. Spędziłam z godzinę na cmentarzu, który znajduje się nad morzem i jest naprawdę wielki. Całym sercem mogę też polecić Kiasmę, muzeum sztuki nowoczesnej – nawet nie chodzi za bardzo o sztukę, tylko sam budynek. W Kauppahalli (coś w rodzaju hali targowej, w której także znajdują się restauracje) poznałam Polkę, która sprzedawała polskie kiełbasy i mocno się zdziwiła, jak jej powiedziałam, ze zaczęłam się uczyć fińskiego. Dziwny wybór, stwierdziła, i pewnie było to powiedzenie w miły sposób, że jestem idiotką. Ale nie zaskoczyło mnie to, sami Jola i Mateusz, którzy fiński studiują, odczuwają trochę bezsens tej nauki, ponieważ w Finlandii dosłownie każdy mówi po angielsku.







Wróciłam do Polski i miałam ochotę wracać, bo okazało się, że u nas zimniej i śnieżnej niż tam, na północy. Obecnie siedzę w Madrycie i zastanawiam się, jak przeżyję nadchodzące egzaminy i wszystkie te obowiązki na mnie czyhające. A do Finlandii wracam na pewno, tym razem już ze znajomością fińskiego na tyle dobrą, żeby móc sobie zamówić kawę.

PS Więcej zdjęć analogowych TUTAJ. Przepraszam za bombardowanie nimi, i wiem, że nie są jakieś najlepsze, ale wciąż się uczę. 

piątek, 18 listopada 2016

Dziewięćdziesiąt dwa: o tym, czego Maria się nauczyła po 2,5 miesiącach na obczyźnie, czym się z Wami podzieli, abyście nie powielali jej błędów

Takiego posta jeszcze nie było, będzie to typowa blogerska zagrywka typu "Dziesięć sposobów na", tylko że bez sposobów, bo te gdyby Maria odkryła, to może nie byłaby w takiej depresyjnej dupie, w jakiej jest teraz.
To znaczy bez przesady, ale jeśli coś mogę powiedzieć o podejmowaniu życiowych decyzji to raz, że ich podejmowanie zjada ci stresem serce od środka, a dwa że w którąkolwiek stronę by nie pójść, to zawsze będzie więcej negatywów niż pozytywów.
Tyle zwyczajowego jęczenia, możemy przejść do meritum.

Zatem czego takiego Maria się nauczyła, albo czego powinna po spędzeniu 1/4  erasmusa w Madrycie?

Po pierwsze: uniwersyteckie stypendium to wcale nie jest dużo pieniędzy. Tylko ci się tak wydaje, jak nagle dostaniesz tysiące eurasków na konto i jest to więcej pieniędzy niż kiedykolwiek widziałeś na oczy i już wymyślasz czego to nie kupisz i dokąd to za to nie polecisz, i jakie prezenty przywieziesz swoim przyjaciołom, może nawet weźmiesz pieska w Madrycie, bo w końcu cię będzie na to stać.
NOPE. Zapomnij. Tak by było, gdyby uniwersytet zapewniał na przykład zakwaterowanie (akademik na UAMie na totalnym zadupiu 600 euro miesięcznie, polecam, pozdrawiam). I umówmy się, to nie jest tak, że chcesz mieszkać w jakiejś rezydencji w centrum. Ale mimo to i tak za pokój z łazienką lub bez pójdzie mniej więcej całość miesięcznego stypendium. Czy wspominałam może o tym, że na erasmusie nie można pracować? Hehe.

Po drugie: musisz się sam zainteresować poznawaniem ludzi - oni sami z siebie nie przyjdą do ciebie i nie będą ci jeść z ręki. Myślałam, że nie mam problemów z nawiązywaniem znajomości, dopóki nie przyjechałam do kraju, w którym się mówi w jezyku, który znam mocno średnio (o tym zaraz); wypowiedzieć się jeszcze wypowiem, ale zrozumieć Hiszpana, który mówi z jakimś akcentem, do tego szybko, do tego młodzieżowym slangiem, do tego jednocześnie je? (tutaj nie istnieje zasada jadłeś-nie mów) Konsekwencje są takie, że po dwóch miesiącach w Madrycie większość moich znajomych (jeśli w ogóle mam jakichkolwiek, bo mogę ich policzyć na palcach jednej stopy) to erasmusi z którymi rozmawiam po angielsku lub po francusku. No i Robert, oczywiście.
Wynika to też z tego, że

Po trzecie: nie zapraszaj wszystkich znajomych na weekendziki w Madrycie. Raz, że zrujnuje to ich portfel, a także twój. Będziesz przez pięć dni z rzędu wychodzić z nimi wieczorem na piwka i "pokazywać miasto". Siedem razy oprowadzisz czternaście różnych osób po tych samych miejsach. W ostatniej chwili okaże się, że nie możesz ich przenocować, bo zmieniasz mieszkanie, więc będziesz im szukać couchsurfingu, którego nie znajdziesz; więc będą i tak musieli płacić za airbnb. Nie zrozumcie źle, to świetna zabawa, i zawsze jest miło zobaczyć przyjaciół i znajomych z Polski, poczuć się Panią Przewodnikiem, przy okazji zwiedzić kilka muzeów może, dobrze się bawić. W tym czasie zaniedbuje się: naukę, poznawanie Madrytu od innej strony niż turystyczna (bo chyba o to w tym wszystkim chodziło?) oraz pielęgnowanie nowych znajomości, a może ich braku.

Po czwarte: to, że umiesz zamówić w Madrycie kawę, nie znaczy, że mówisz po hiszpańsku. Nie wiem, co ja sobie myślałam, twierdząc, że rok w Madrycie da mi więcej niż trzy lata nauki hiszpańskiego. haha. Jak się ma z językiem do czynienia może trzy razy w tygodniu na dłuższą metę, to chyba nie bardzo. I to, że jestem w stanie się komuś coś zakomunikować, nie oznacza, że mówię dobrze. A już na pewno nie oznacza, że tego kogoś rozumiem (patrz punkt drugi). I na pewno nie oznacza, że mój hiszpański się rozwija, podejrzewam, że wręcz przeciwnie; a jak wrócę do Polski to moje koleżanki z grupy PNJHC będą musiały mi dawać ściągać na sesyjnym egzaminie z gramatyki. Subjuntivo? A co to? No i co, że używają tego w co drugim zdaniu, mogę się porozumieć dukając niepotrzebne sylaby i ktoś w końcu mnie zrozumie. Hehe.

Po piąte: Nie choruj. Po prostu, kurwa, nie choruj. Nie wiem, jak to zrobisz, wykup sobie ubiezpieczenie u Gandalfa, albo po prostu nie wychodź z domu, to chyba najbezpieczniejsze. Co prawda nie znam erasmusa, który by nie zachorował na swoim wyjeździe tutaj (ale też ilu ich znam, umówmy się), ale chyba nikt nie pobił mojego rekordu trzech razy, w tym raz na antybiotyku, w tym raz przez dziesięć dni, a za każdym razem conajmniej pięć; babeczka od literatury francuskiej już mnie znienawidziła, na pewno myśli, ze cały tydzień się szlajam po klubach a potem mam kaca i nie mogę wstać na zajęcia na 11 (to samo myśli moja mama), ślę do niej rozpaczliwe maile, proszę pani, ja wszystko odrobię, proszę mi tylko dać jakąś listę wymagań, ona dumnie unosi głowę i mówi teraz najważniejsze jest pani zdrowie, nadrobi pani potem; nigdy nie nadrobię, bo znowu się rozchoruję i tyle mnie będzie widziała.

Myślałam, że będzie dekalog, ale jednak za mało tu zdobyłam doświadczeń, żeby taki utworzyć. Może za kolejnych 2,5 miesiąca.
Na pocieszenie coś chociaż trochę zabawnego
Oraz egipska świątynia w centrum Madrytu (tego w Hiszpanii)


niedziela, 13 listopada 2016

Dziewięćdziesiąt jeden: o pałacu, koszykach i zielonym serniku

 Muzyka klasyczna mnie generalnie bardziej onieśmiela niż fascynuje; nie znam się na niej w ogóle, ledwo co rozpoznajdę Szopena, i pewnie powinnam raczej wstydzić się mojej ignorancji, gdyby nie świadomość, że mało jest na świecie ludzi naprawdę znających się na rzeczy; na drugim miejscu znajdują się ci, którzy twierdzą, że się choć trochę znają; a dalej jest ta cała niewyedukowana hołota, do której należę ja.
 Więc kiedy Ewa oświadczyła, że zabiera mnie na koncert kwartetu smyczkowego w Palacio Real, zdecydowanie bardziej ucieszyłam się na myśl o prestiżu i zaszczycie, jakiego dostąpimy przekraczając królewskie progi zupełnie za darmo i usadawiając się na jakże książęcych krzesełkach w sali będącej chyba hallem - ale jakże wykwintnym! Złoto i srebro leją się strumieniami, trzymetrowe okna, kwieciste dywany. Dobrze wiemy, że każdy z nas marzy o takim strojnym domu.

Zróbmy tylko szybki throwback do czasów, kiedy byłam w Warszawie na dwa tygodnie. Prawie poszłam na imprezę do znajomego pianisty, ale niestety w międzyczasie zmieniła się data. Zwiedziłam za to warszawską nowość - Halę Koszyki (aż dwukrotnie z jakiegoś powodu), co wiązało się raczej z rozczarowaniem niż zachwytem, głównie dlatego, że rzecz jest a) przereklamowana b) typowym zgarniaczem pieniędzy w polskim stylu "otwórzmy coś co wygląda cool, ale obok hipsterskiej wegeknajpki i superdrogiejsuperekskluzywnej restauracji postawmy Bierhalle, Rossmana, Dukę i Piotra i Pawła, bo musimy w końcu zarabiać na czymś, w rezultacie te właśnie miejsca będą zajmowały 3/4 naszego fajnego obiektu" Ja rozumiem, że pieniądze, chociaż sama rekinem biznesu nie jestem, ale czy naprawdę nie da się zrobić czegoś fajnego bez reklamy w postaci nazwiska Gesslerów? Jak coś jest dobre, powinno się samo obronić. Tak czy nie? Chyba

W każdym razie zwiedzając rzeczoną Halę spędziłyśmy z Klaudią najwięcej czasu w ekoszopie podziwiając kilogram ekomigdałów za jedyne 98,56 (za kilogram). Tuż obok pani sprzedawała na mini straganie ekowarzywa.
- Dzień dobry czy w czymś mogę pomóc?
- Tak, czy wszystkie te warzywa są biodegradowale?
- Umm ............................ tak
- A ma pani może pasztet z gołębia?
- Umm ........................... nie
Poszłyśmy i dopiero po 5 minutach uświadomiłam sobie, na jak bardzo chamską osobę wyszłam, chcąc sobie zażartować i nie uśmiechając przy tym jak Rubaszny Januszl; nie wiem czego się spodziewałam, chciałam przeprosić, ale już minęło 10 minut i prawdopodobnie byłoby to w tym momencie conajmniej niezręczne.

Dużo gotowaliśmy, bo moja rodzina jest całkiem rodzinna i jak są okazje, to się zaprasza wszystkich. Koniecznie chciałam zrobić zielony sernik, zafiksowałam się gorączkowo i w gorączce błagałam mamę, żeby mi kupiła opakowanie matchy. Tata wspominał jak to będąc dzieckiem (to jest całkiem niedawno) lubiłam eksperymentować w kuchni, i wszystko było pięknie dopóki nie zaczynało nie wychodzić - więc co robiła Maria? Rzucała to wszystko w cholerę, obrażała się na kukurydziane naleśniki, wychodziła  z kuchni zostawiając garnki, patelnie, wielki burdel; tatuś przychodził i sprzątał, bo co mógł zrobić. Dużo śmiechu było przy tym wspominaniu; szkoda tylko, że kiedy nadszedł krytyczny moment w robieniu zielonego sernika - co zrobiła Maria? Rzuciła wszystko w cholerę, obraziła się na zielony sernik, wyszła z kuchni zostawiając garnki, paletnie, wielki burdel.

Ale koniec końców sernik wyszedł, i fanom słodkości i dziwnych rzeczy polecam ten oto przepis.

poniedziałek, 7 listopada 2016

Dziewięćdziesiąt: o witaminie C, stekach i memiczności


Przeraziła mnie trochę ta Polska, kiedy do niej wróciłam.
Zimna, szara, wietrzna; ponoć jesień bardzo szybko się skończyła i od razu przyszedł listopad i oczywiście znowu w tym roku zaskoczył kierowców.

Przez sześć dni na moje życie składało się
leżenie w łóżku
herbatka z cytryną
witamina C
seriale
więcej herbatki
„Dzień i noc” Virginii Woolf
więcej seriali
leżenie
koce
dresy
szarlotka
dużo, dużo mięsa

Przed wyjazdem w Madrycie postanowiłam zostać weganką i powoli wdrażałam mój plan w życie codziennie zjadając sery i jajka, które miałam w lodówce, żeby się nie zmarnowały. Zostałam opieprzona co prawda przez moje przyjaciółki, że od weganizmu ma się anemię, przezroczystą skórę i trafia się do szpitala, ale mimo to uparcie podtrzymywałam moje postanowienie (ze skutkiem średniawym). Ale potem byłam w Palermo, a potem wracałam do Polski i na lotnisku kupowałam herbatkę w restauracji pachnącej pysznym miąsistym dobrze wysmażonym stekiem z dobrej wołowiny, takim co jednocześnie jest trwardy i miękki, i trochę krwi z niego wycieka; ale przede wszystkim jest dowodem na to, że człowiek z natury jest mięsożercą. Więc rodzice z Maciejem odebrali mnie z lotniska, a ja zamiast opowiadać o Sycylii mówiłam o mięsie Mamo mamo a usmażysz mi polędwicę; albo czy moglibyśmy zrobić takiego dobrego kurczaka w białym sosie albo Macieju, slońce, zabierzesz mnie na śniadanie do AIOLI? (w końcu mnie nie zabrał, ale to dobrze może, bo ponoć weganie z pewnej fejsbukowej grupy bojkotują to miejsce ze względu na niesmaczne żarciki).

Uważasz, że jestem zabawna? Pytam Macieja.
Oczywiście, że tak.
Zabawna jak mem?
Tak, jesteś dość memiczna
I nagle mnie uderzyło.
O Boże. Ja ci się nie podobam na poziomie intelektualnym… ani nawet fizycznym… tylko na poziomie memicznym!
Gwoli ścisłości, bo to należy tu dodać, mój chłopak jest największym fanem i znawcą memów w Kosmosie – uważam szczerze, że powinien dostać za to co najmniej jedną odznakę i piernikowy puchar, a gdyby takowe w świecie realnym rozdawano, miałby ich ze trzy.

Jak wspomniałam, dochodziłam do siebie tydzień, a potem kilka dni jeszcze poświęciłam na zakupy i spotykanie się z przyjaciółeczkami, których nagle okazało się że mam trochę i nawet nie jestem w stanie wygospodarować czasu dla wszystkich, za co bardzo przepraszam, także tych co nawet nie wiedzieli że nagle się w Warszawie znalazłam. Skutek był oczywiście taki, że nie tknęłam najmniejszym paluszkiem rzeczy, które powinnam robić do szkoły, poza jedną lekturką, którą dosłownie dotknęłam w pociągu do Puław. Wróciłam do Madrytu i jestem cała spięta i zestresowana, bo dotarło do mnie wreszcie jak bardzo przepierdoliłam czas tutaj – trochę ze swojej winy, trochę nie. Mogłabym teraz narysować bardzo ładną oś czasu podzieloną na kolejne tygodnie, na której zaznaczyłabym po kolei, co się wydarzyło w ciągu tych dwóch miesięcy, co znaczy:
tydzień 1 i 2 : adaptacja i lenistwo
tydzień 3: pierwszy tydzień szkoły
tydzień 4: paskudne przziębienie na antybiotyku
tydzień 5: przyjazd Macieja
tydzień 6: przyjazd Mamy
tydzień 6/7: przyjazd Marty i Szymona
tydzień 7/8: wyjazd na Sycylię
tydzień 8/9: nieplanowany powrót do Polski na 10 dni z powodu kolejnej choroby

Być może liczba tygodni się nie zgadza, ale rozumieją Państwo chyba na jaki żalosny obrazek ta oś czasu się składa. Więc jeśli ktoś ma jakiś pomysł na to, jak mogłabym ogarnąć moje dupsko, proszę o maile i smsy.