piątek, 6 stycznia 2017

Dziewięćdziesiąt pięć: o szminkach i szczeniakach na smyczy

Wszystko leci z rączek
Pamięć jak kurczaczek
Co to za zwierzaczek?

(odpowiedź na końcu posta)

Ładnie ci włosy pachną, mówię Maciejowi.
Też by ci tak pachniały, jakbyś myła codziennie, odpowiada.
Po pierwsze, nie potrzebuję, a po drugie jak ich nie umyję, to maluję usta szminką żeby odwrócić od nich uwagę.
(Sposób sprawdzony i przetestowany, działa, potwierdzone info)

Związki się psują, jedne się rozpadają, inne nie. Poszła plota, że dziewczyna X zdradziła go z kumplem z liceum. Plota okazała się nie być plotą.
- Wiesz, chłopak się załamał tak totalnie - opowiada mi wspólny znajomy - odreagowywał, na przykład przez tydzień nie jadł, takie rzeczy.
- Boże, to straszne - mówię - Ja bym nie mogła nie jeść przez tydzień

[kurtyna]
[albo i nie]

- No ja mu mówiłem, uważaj na nią. On, no co ty, to moja dziewczyna, ufam jej. No ufać to sobie można, ale pilnować trzeba.
Zgadzam się całkowicie w całej mojej niedojrzałości łudząc się, że upilnowanie dorosłego człowieka jak szczeniaka na smyczy jest w ogóle możliwe. 

Wracam do Madrytu kompletnie spłukana nie posiadając żadnej sensownej ilości eurasków na koncie (przyjdzie stypendium czy nie przyjdzie?). Samolot się spóźnia godzinę. Potem kolejne pół. Mgła w Madrycie, mówią. Nie wierzę wam, skurwiele, na pewno zrobiliście to specjalnie, żebym nie zdążyła na ostatnie metro i musiała zabulić 30 jednostek obcej waluty za taksówkę.
Ha, nie udało wam się! I co teraz? Naciągacze.

Naciągnęli mnie na tego Sylwestra, którego najpierw odwoływałam 3 razy, potem odwoływałam odwołanie - i bardzo dobrze, bo bawiłam się przednio. Z Najbardziej Chujowego Sylwestra Ever zrobił się, well, całkiem nienajgorszy, jeśli mogę się tak pochwalić. Ale za rok dosyć z tym bzdrurnym świętowaniem tego, że świat się starzeje, tym razem naprawdę zasnę przed jakims beznadziejnym filmem o 22.


 rozwiązanie zagadki autorstwa Macieja: Marysiaczek

Szcęśliwego Nowego Roku!

piątek, 30 grudnia 2016

Dziewięćdziesiąt cztery: głównie o jedzeniu i kilku mniej istotnych rzeczach

No to już naprawdę ostatni dzwonek, żeby napisać jakikolwiek post jeszcze w 2016 roku. Żadnego podsumowania robić nie będę, bo rok 2016 jaki był, każdy widzi.

Wrócę na chwilę jeszcze do Świąt, bo nie miałam w tym roku jakoś serca i zapału do wstawiania dużej ilości zdjęć z choinką i światełkami czy życzenia wszystkim Wszystkiego Dobrego i Pogodnego; gdybym Wam zdążyła czegoś życzyć przed Wigilią to bym życzyła, żebyście się porządnie najedli - bo jak nie wtedy, to kiedy?

Chociaż. Gdzieś w internecie przeczytałam taką złotą radę à propos świątecznych obiadów i przejadania się : Jedz tylko to, co lubisz. Nie wmuszaj w siebie potraw tylko dlatego, że "wszystkiego trzeba spróbować".
Z radością więc odmawiałam karpia i tortu makowego - dumnego wypieku mojej mamy (są dwie rzeczy, których naprawdę nie lubię, i są to niestety torty i mak), wcinałam za to śledzie w śmietanie z dużą ilością cebuli - tak dużą, że następnego dnia rano w kościele wstydziłam się otworzyć gębę i śpiewać. 


25 grudnia odbieram telefon od Macieja.
- Biegałaś? Bo tak strasznie dyszysz.
- Co? Nie, po prostu się tak najadłam, że nie mogę oddychać.
(sytuacji nie polepszał wcale zatkany od tygodnia nos)
Ale Maciej mnie rozumie, on już wie, że moim głównym hobby jest jedzenie obiadu.

Dostałam mnóstwo książek i doprawdy, nie wiem co z nimi zrobić (zjeść?) - do Madrytu ich nie zabiorę, bo nie mam miejsca w walizce; do 5 stycznia nie zdążę ich wszystkich przeczytać. Potem będą stały na półce, jak ta cała reszta, nietknięte i smutne.

Szczęśliwego Nowego Roku życzę wszytskim, oby okazał się lepszy niż ten mijający.

na zdjęciu mój pieseł w pseudoartystycznym wydaniu 
tak to wygląda jak się nie umie robić zdjęć czy też wyjmować poprawnie filmu z aparatu 


czwartek, 15 grudnia 2016

Dziewięćdziesiąt trzy: o fińskim i gejach (lecz nie fińskich gejach)

Chcecie usłyszeć coś zabawnego?
Tak bardzo się spieszyłam do szkoły na ten cholerny fiński, którego od miesiąca się nie uczę, bo mam ważniejsze sprawy na głowie, z niezrobioną pracą domowę, z nieumytą głową, bez dezodorantu fuj; tak bardzo się spieszyłam, że przyjechałam godzinę za wcześnie. Nie umiem korzystać z zegarka.

 Wiesz to chyba jakieś moje niesamowite szczęścia albo zrządzenie losu, że ty tam w tej Hiszpanii poznajesz samych gejów - mówi Maciej. (nie jest to do końca prawda, ale pozwólmy mu w to wierzyć)

Kiedyś już chyba wspominałam o tym, że jestem gay queen, mimo że kompletnie nie mam gay radaru (tak, tak, zdarzyło mi się zauroczyć w geju, nie jednym, nie w dwóch)(nadal czekam na coming out mojego chłopaka), ale jako że Hiszpania jest bardzo gay friendly, to ma się po prostu wrażenie, że heteroseksualizm tu nie istnieje (polecam grupę na fejsbuku Gay Madrid. Należę do niej już od 2 miesięcy). Prawie. Dopóki nie odryjesz jak bardzo Hiszpanie nie kryją się ze swoim obściskiwaniem się w miejscach publicznych, ale zaraz, to przecież wiedzieliśmy od dawna fuj. 

Mój komputer dostał pierdolca dosłownie w tym momencie, kiedy go najbardziej potrzebuję, bo mam do napisania 5 prac semestralnych, każda w innym języku. Mogę skrytykować hiszpański system szkolnictwa na wiele sposobów, ale to co naprawdę doprowadza mnie do szału, to fakt, że od września to połowy grudnia nie robiłam praktycznie nic (bo nie musiałam), a w chwili obecnej mam nadrobić cały semestr nauki. I ta poblażliwość w stosunku do studentów. Napiszcie pracę o literaturze francuskiej - temat dowolny. Pracka na krytykę literacką - temat dowolny. Pragmatyka i semantyka - wszystko mi jedno, jaki będzie temat, możecie nawet coś narysować.
Ja wiem, że nie jestem już w klasie maturalnej, ale to naprawdę wygląda jakbyście, szanowni profesorowie, mieli nas w pupie. Jedyna kobieta, która jasno określiła, czego chce, jest niezrównoważona psychicznie, i podejrzewam, że i tak nie zaliczę jej przedmiotu (jak całej reszty zresztą).


Krótka refleksja autora

Proszę mi wybaczyć a) nieregularność b) błędy i literówki c) nieregularność d) drastyczny spadek jakości moich postów w ciągu ostatnich miesięcy (?). W pewnym momencie zdałam sobie sprawę z tego, że jak z trzech fanów zrobiło mi się dziesięciu, to chyba troszeczkę zaczęłam pisać pod publikę. Bo presja; a ja nie lubię presji. Więc od dzisiaj postaram się Was wszystkich olać i pisać, tak jak lubię. 

Dziękuję za uwagę.


czwartek, 1 grudnia 2016

#mariapodróżuje: o Finlandii

Co tej Marii w ogóle strzeliło do głowy, pomyślał Mateusz, kiedy zakomunikowałam mu, że przyjeżdżam do Tampere na pięć dni pod koniec listopada. Tak, Tampere, tego w Finlandii (innego nie znam). Zastanawiali się z Jolą, co w ogóle będę robić, a pewnie nic nie będę robić, bo jak zobaczę tę pogodę, to zawrócę na lotnisku i powiem Sorry, wracam do Madrytu, tak przynajmniej czasem wychodzi słońce i ludzie do siebie mówią.

Ale zostałam, i nawet bez większych komplikacji udało mi się przeżyć (chyba) pierwszą samodzielną tak bardzo wieloodcinkową podróż: Warszawa - Gdańsk - Turku - Tampere.

Finlandia głównie się składa z lasów, jezior, jezior i lasów; dlatego przebywając w mieście, nawet trzecim największym w kraju, niekoniecznie ma się wrażenie, że jest to miasto. Tampere na przykład, położone zresztą nad dwoma jeziorami (które są jednym jeziorem połączonym kanałem), jest lasem otoczone, oraz ten las w sobie zawiera. A może są to nawet pola jakieś, ciężko stwierdzić. Przekraczasz granicę miasta, albo nawet i tego nie musisz robić, i już jesteś na mazurach. Finlandia jednak nie jest płaska - górzysta zresztą też nie; ale spróbujcie połazić cały dzień po takim Tampere i nie poczuć jak wam się robią pośladki od wspinaczki.



Z fińskimi miastami jest taki problem, że nie znajdziecie w nich tak zwanych zabytków. Przez całe wieki kraj ten budowany drewnem, w związku z czym regularnie płonął, często doszczętnie. Najstarszym, co widziałam, były kompleksy robotniczych budynków z XIX wieku - klasycznych, industrialnych, z czerwonej cegły. W latach dwudziestych niejaki szkot o nazwisku Finleyson założył w Tampere załozył firmę produkującą tekstylia - w tym celu wybudowano wielkie fabryki i mieszkania robotnicze w pobliżu; powstał nawet kościół przeznaczony dla pracowników (2/10). Obecnie znajdują się tam biura, sklepy i Työväenmuseo Werstas (Muzeum Ludu Robotniczego), w którym można obejrzeć stare maszyny do szycia oraz kolekcję fotografii.






Te drewniane domki, które się widuje na zdjęciach ze skandynawii to wszystko prawda, i są urocze jak małe króliczki. Stoją też sobie takie często w centrum miasta - a właściwie coś mniejszego na ich wzór - tworzą kolorowe ciągu budek targowych, w których można dostać różnego rodzaju produkty spożywcze, a teraz, z uwagi na zbliżające się święta, bożonarodzeniowe bibeloty. Wszędzie wiszą światełka, i muszę przyznać, że naprawdę ładne te dekoracje, nie takie fioletowie kiczowate fiu bździu, jakie się widzi u nas; raczej białe, proste kształty. Zachwytom nie było końca.










Finowie zbyt religijni nie są, więc kościołów też nie spotyka się na każdym kroku - ale jak już się spotka to szok niedowierzanie wtf; głównie dlatego, że są to kościoły stosunkowo nowe, nie mają więcej niż kilkadziesiąt lat i często są typowym przykładem konkretnej mody w architekturze, która nigdy nie powinna była się pojawić. Poza tym podejrzewam, że każda typowa polska babcia uznałaby za profanację i szkalowanie Jezusa Chrystusa kompletnym brakiem jakichkolwiek dekoracji we wnętrzu. Często trudno się połapać w ogóle gdzie znajduje sie ołtarz, bo jest tak mało wyróżniający się. Opływające złotem barokowe katolickie kościoły wołają o pomstę do nieba. Tak więc w programie mamy: wielki betonowy kościół, okropny brzydal z zewnątrz, w środku imponująco wysoki i pusty; drewniany z zewnątrz klocek przypominający dziób statku, w środku kompletnie pusty (Helsinki); kościół w skale (Temppeliaukio), mniej pusty, i zdecydowanie robiący najwieksze wrażenie (podsyłam linki, bo zdjęcia słabe).







Muszę oczywiście także poruszyć mój ulubiony temat - którym jest oczywiście kawa (i jedzenie). Pierwszym, co dziwi stałego bywalca kawiarni w różnych miejscach w Europie (ha ha), jest to, że w każdej kahvila poza standardowymi capuczinami i lattami na barze na specjalnej płycie grzejniczej, stoją (zazwyczaj) dwa szklane dzbanki tego typu, jeden z kawą, drugi z herbatą. Obok mleko i śmietanka; płacisz dwa euro i lejesz co chcesz. A jako, ze Finowie to bardzo praworządny naród, nikt nie będzie Cię podejrzewał o jakieś oszustwa, w stylu sześciokrotnej dolewki. I przyznam, że chociaż na początku zdziwiło mnie to, wręcz trochę odrzuciło (przecież chciałam jakieś fancy latte ze wzorkiem na powierzchni i karmelową pospką!)(jk), to potem (po dwóch dniach znaczy się) przyzwyczaiłam się i teraz trochę mi przykro, że nie ma tego u nas, czy w Madrycie. Tylko mleko mogliby też podawać ciepłe.






Wspomniałam o jedzeniu, ale potem sobie pomyślałam, że tak naprawdę nie ma za bardzo o czym wspominać. Owszem, spróbowałam mięsa renifera, ale tego raczej nie można uznać za typowe fińskie danie; takie coś jak odpowiednik naszego obiadu z ziemniakami i schabowym nie istnieje; a jeśli istnieje to pewnie jest tak bardzo bez smaku, że nawet nie chcecie wiedzieć, co to. To właśnie jedna z rzeczy, na którą narzekają Mateusz i Jola – Finowie nie znają przypraw. Jedynym, co występuje całkiem często, głównie w wyrobach cukierniczych, jest kardamon – i to, muszę przyznać, im się udało. Typowym fińskim słodyczem (poza słoną lukrecją, o czym wszyscy wiemy) jest munkki, czyli donought z kardamonem posypany cukrem – tak, takim żywym cukrem, co jak zaczniesz gryźć ten pączek, posypiesz się cały i potem będzie cię swędziało za dekoltem. A najlepsze takie słodkości w Tampere ponoć można dostać w Pyynikin munkkikahvila – czyli kawiarni w wieży obserwacyjnej, do której zaszliśmy po wycieczce na plażę nad jeziorem. Zachwycaliśmy się kolorystyką skał i porostów, kontrastem białego piasku z szarą wodą, śmiesznym małym mostkiem. Poleźliśmy na coś w rodzaju mini półwyspu i mogliśmy się poczuć jak podróżnicy na końcu świata. Jedyne właściwie czego żałuję, że nie zrobiłam, to że nie połaziłam więcej po tej naturalnej części Finlandii – ale to może sobie zostawię na mojego wakacyjnego tripa po Skandynawii; kto jedzie ze mną?




Finów nie poznałam, bo Finowie to skryty naród, i jak raz słyszeliśmy jak ze sobą rozmawiaja w autobusie, to byliśmy w szoku. Na to zresztą narzekali moi gospodarze – zaprzyjaźnić się z Finem to rzecz trudna, jeśli nie niemożliwa. Jak raz poszliśmy do klubu (żeby nie było, że jestem jakąś super imprezowiczką – byłam w klubie drugi raz podczas mojego erasmusa) i trafiliśmy na grupkę Finów, to ciężko było stwierdzić, czy bardziej się nudzą, czy męczą. A my bawiliśmy się przednio w górskich butach i dżinsach pośród ziomeczków w marynarkach i laseczek w minisukienkach.


Pojechałam także na jeden dzień do Helsinek, bo stwierdziłam, że nie mogę przepuścić takiej okazji. Miałam dużo szczęścia – akurat na jeden dzień wyszło słońce. Trochę mi było szkoda czasu i pogody na spędzanie godzin w muzeach (co bym pewnie robiła, gdyby padało, a także gdyby bilety nie kosztowały trzynaście euro ze zniżką studencką), więc połaziłam, i muszę przyznać, że miasto to wydaje się świetnym miejscem do życia (gdyby nie ceny wszystkiego). Zachwyciła mnie architektura w centrum, także ta nowoczesna. Spędziłam z godzinę na cmentarzu, który znajduje się nad morzem i jest naprawdę wielki. Całym sercem mogę też polecić Kiasmę, muzeum sztuki nowoczesnej – nawet nie chodzi za bardzo o sztukę, tylko sam budynek. W Kauppahalli (coś w rodzaju hali targowej, w której także znajdują się restauracje) poznałam Polkę, która sprzedawała polskie kiełbasy i mocno się zdziwiła, jak jej powiedziałam, ze zaczęłam się uczyć fińskiego. Dziwny wybór, stwierdziła, i pewnie było to powiedzenie w miły sposób, że jestem idiotką. Ale nie zaskoczyło mnie to, sami Jola i Mateusz, którzy fiński studiują, odczuwają trochę bezsens tej nauki, ponieważ w Finlandii dosłownie każdy mówi po angielsku.







Wróciłam do Polski i miałam ochotę wracać, bo okazało się, że u nas zimniej i śnieżnej niż tam, na północy. Obecnie siedzę w Madrycie i zastanawiam się, jak przeżyję nadchodzące egzaminy i wszystkie te obowiązki na mnie czyhające. A do Finlandii wracam na pewno, tym razem już ze znajomością fińskiego na tyle dobrą, żeby móc sobie zamówić kawę.

PS Więcej zdjęć analogowych TUTAJ. Przepraszam za bombardowanie nimi, i wiem, że nie są jakieś najlepsze, ale wciąż się uczę.