piątek, 27 stycznia 2017

#mariapodróżuje: o Palmie na Majorce

Blog umarł, bo jak człowiek jest młody i głupi, to idzie na studia, bo myśli, że mu to coś da, a potem się dziwi, że co pół roku ma większy zapieprz niż ten przed maturą zwany sesją; i tak, nawet jak jesteś na erasmusie i żyjesz życiem jak w Madrycie, to też masz sesję.




Nie robiłam żadnych postanowień noworocznych; pierwszy raz od X lat nie postanowiłam sobie (jak co roku) schudnąć 10 albo 15 albo 20 kilo; nie zrobiłam sobie listy książek, które muszę przeczytać i nie stworzyłam planu uporządkowania i usystematyzowania swojego życia, jakkolwiek by on nie wyglądał. Za to obiecałam sobie, że w drugim semestrze mojego pobytu w Hiszpanii po pierwsze przestanę chorować (na razie jest dobrze, prawie cały styczeń i zero gorączki!), po drugie w końcu tę Hiszpanię zwiedzę, bo jest mi wybitnie głupio i nie w smak, i szczerze się do tego przyznaję, że na razie poza Madrytem to zobaczyłam dwie podmadryckie miejscowości, małe i urocze, no ale to jednak nie Barcelony i inne Walencje. Z tego powodu zabukowałam pięćdziesiąt biletów w różne miejsca, zatem już nie mam za co jeść do końca miesiąca (proszę wysyłać paczki, adres podam w prywatnej wiadomości). A pierwszy z tych biletów był właśnie na Majorkę, dzięki mojemu drogiemu przyjacielowi, Robertowi, który znalazł ryana za 17 euro. I tani hotel, w którym zamarzliśmy na śmierć, ale o tym zaraz.




Lot z Madrytu do Palmy trwa mniej niż półtorej godziny; autobus z lotniska kosztuje 5 euro i jest zwykłą linią autobusową (1), która przejeżdża przez pół miasta, także przez centrum. Trochę zabawy było z tym autobusem, bo wysiedlismy w jakimś środku czegoś, co wyglądało na autostradę do nieskończoności, przy której nikt nie pomyślał o wybudowaniu chodnika, więc nie było mowy o przemierzeniu czterech kilometrów na piechotę. Wzięliśmy w końcu inny autobus, którym dojechaliśmy prawie pod sam hotel, ale musieliśmy zapłacić kolejne 1,5 euro – ceny komunikacji miejskiej jak w Madrycie, nie myślcie sobie, że jak jedziecie na jakąś wysepkę, to będą jakieś ulgi. Nic z tego, szczególnie, że Majorka doskonale wie, że jest turystycznym miejscem, gdzie w sezonie można spotkać więcej Niemców niż Hiszpanów. Nawet menu w restauracjach jest po niemiecku. Nawet lokalsi mówią po niemiecku. Więcej razy widziałam napis wurst niż café. Co może też wynikać z tego, że po katalońsku majorkijskiemu kawa to cafè. Myślicie, że się czepiam jednego głupiego akcentu? Jestem lingwistą przecież (hehe. He he he. No nie) Ale ten język wygląda tak mniej więcej jakby ktoś powiedział Ej, hiszpański to super język, ale francuski też nam się podoba, a w ogóle to litera X jest zajebista, więc powtykajmy ją wszędzie, gdzie się da. I tak rebajas to rebaixes, hihihi; ale przynajmniej wszystkie napisy są zrozumiałe.



Hotel Lis (product placement) byłby super, gdyby nie to, że w pokoju było 15 stopni i nic się nie dało z tym zrobic. I jak mówię nic, to mam na myśli to że musiałam spać w dwóch swetrach (jeden z nich został zakupiony na miejscu z tego właśnie powodu) oraz przykryta płaszczem Roberta. Świetnie, myślę sobie, miałam nie chorować, a tu takie jaja. To nie była moja wina, mamo, naprawdę.

Robert przespał połowę dnia z powodu niespania przez ostatnie pięć nocy, więc ja poszłam sobie na wycieczkę do Zamku Bellver na wzgórzu, z którego podziwiałam widok przy zachodzącym słońcu (banał straszny, a jak cieszy). Widoczki to w ogóle najfajniejsza część Palmy. Z jednej strony morze, z drugiej zielone góry, pomiędzy na wzgórzach położone budynki w różnych odcieniach bieli i żółci, głównie hotele i te malutkie uliczki. Piękno samo w sobie to są drzwi i okiennice tych wszystkich domków. Jednak coś w tym jest, że jeśli chodzi o estetykę architektoniczną, to jestem dzieckiem południowej Europy.



Wieczorem połaziliśmy po starówce, trafiliśmy do LUSHa, gdzie bardzo krejzi ekspedientka tłumaczyła nam, jak zakładać brokat na biust, oraz że ten puder jest fantastyczny, bo jak się spocisz, to możesz go sobie nakładać na twarz, ona często używa pod pachami i pod biustem, ale nawet na stopy można (!!!). A my tylko chcieliśmy wziąć sobie kremu do rąk z testerów, bo nie wzięliśmy ze sobą. Postanowilismy przesiedziec do ostatniego autobusu w jakichś knajpach, bo balismy się zamarznięcia w hotelu. Pan w arabskim szisza barze  zaserwował nam kakałko z brandy z żelkiem, po czym przyniósł nam specjalne kocyki do stóp, bo powiedzieliśmy mu, że trochę nam zimno; mnie mój podał, ale Robertowi okrył nóżki mówiąc, że stopy to najistotniejsza część ciała pod tym względem , jeśli się stopy ociepli, to już całe ciało też. Nie dowiedzieliśmy się czy to prawda, bo po rozgrzaniu się alkoholowym kakałkiem wyszlismy na poszukiwaniu innego baru; bar był ale się zamykał o 23, ale dwóch miłych panów gejów powiedziało, że na jedną copę wina domowego możemy zostać, milutko. Chcieliśmy zostać aż do śniadania, ale powiedzieli, że niestety w czwartki zamknięte, więc byliśmy zmuszeni do powrotu. Szybki prysznic i pod kołderkę, a raczej pod płaszcze.

Na śniadanie mieliśmy zjeśc makaron, żeby się nie zmarnował, ale woda na samą herbatę gotowała się godzinę. I i tak nie dogotowała się do końca. Więc makaron i niedobre pomidory zostały, a my poszliśmy już spakowani na śniadanie do La Negra Criolla. Co za inteligencja z naszej strony, że nie wzięliśmy walizek, tylko plecaki, więc nie musieliśmy się tułać jak przegrywy pod górkę z niewygodnym bagażem.



Całkiem zadowoleni i niezbyt najedzeni poszliśmy do Fundació Pilar i Joan Miró, czyli do pięknego muzeum stworzonego w miejscu dawnej pracowni i domu Miró. Bardzo dumni są Majorczycy z niego, to widać, większość ulic nosi jego nazwisko. Jeśli chodzi o samego Miró, to mam trochę traumę z dzieciństwa, kiedy w Luwrze (?) oglądalismy z rodzicami całą serię jego obrazów: Kobieta, ptaki i gwiazdy albo Kobieta i ptak albo Ptak i gwiazdy albo Kobieta, a nad nią gwiazdy, i nie miało to końca. Ale postanowiłam się na Miró nie obrażać i posłusznie obejrzałam wszystkie abstrakcje. Niektóre nawet mi się podobały. Muszę jednak zupełnie szczerze zachwycić się samym budynkiem muzealnym, i ogrodem, z którego oczywiście rozlega się fantastyczny widok na morze, rosną w nim palmy i inne krzaki, z którymi koniecznie robiliśmy sobie zdjęcia, bo jesteśmy z północy i w życiu palmy nie widzieliśmy.





Stamtąd udaliśmy się do sporego muzeum sztuki nowoczesnej, Es Baluard, mieszczącego się nad rzeką. I znowu w jakimś wielkim, odjechanym budynku, gdzie właściwie więcej było schodów i przestrzeni niż tej całej sztuki nowoczesnej. A może to właśnie była ta sztuka? Czy tarasik z drzewkami cytrynowymi też był częścią wystawy? Nigdy nie zgadniesz. Ale był z niego przynajmniej ładny, niespodzianka!, widok.





Poszliśmy na wielki obiad do knajpy obok, gdzie znowu obsługiwał nas najmilszy kelner ever (co jest z tymi miłymi kelnerami na Majorce to nie wiem; może po prostu wszyscy są gejami i to im wystarcza). Żebyście sobie nie myśleli, że my tacy bogaci jesteśmy i ciągle po knajpach łazimy – w Hiszpanii jest coś takiego jak Menu del Día, czyli powiedzmy nasze polskie Danie Dnia, tylko w praktyce jest to Trzydaniowy Obiad Dnia – pierwsze, drugie i deser, często picie jest w komplecie. Nie powinno to kosztować więcej niż 12 euro, a mnie ostatnio udało się zjeść za 8 tutaj.

Obejrzeliśmy tez katedrę z każdej strony, poza środkiem, bo oczywiście była zamknięta. Nie wiem czy ona jest naprawdę taka wielka, czy taka się wydaje w otoczeniu niezbyt wysokich budynków, ale po prostu robi wrażenie. Trafiliśmy przez przypadek do jakiegoś muzeum sztuki nowoczesnej (znowu, chyba innych tu nie ma), ale tylko na 15 minut; pan nas wygonił, bo już zamykano. Obejrzeliśmy aleję palm; palmy są magiczne uważam. Zupełnie jak śnieg. Poszliśmy na kamienie nad morze i zrobiliśmy sobie piękne zdjęcia zenitami i żadnego telefonem, więc nie mam co pokazywać. Musicie mi po prostu zaufać.




I tak mniej więcej wyglądała ta wycieczka, bo co można więcej własciwie robić w ciągu trzydziestu godzin? Wiem, można dużo więcej. A w ogóle to najchętniej bym tam została jeszcze z tydzień, mimo chłodu i wiatru. Następnym razem.

piątek, 6 stycznia 2017

Dziewięćdziesiąt pięć: o szminkach i szczeniakach na smyczy

Wszystko leci z rączek
Pamięć jak kurczaczek
Co to za zwierzaczek?

(odpowiedź na końcu posta)

Ładnie ci włosy pachną, mówię Maciejowi.
Też by ci tak pachniały, jakbyś myła codziennie, odpowiada.
Po pierwsze, nie potrzebuję, a po drugie jak ich nie umyję, to maluję usta szminką żeby odwrócić od nich uwagę.
(Sposób sprawdzony i przetestowany, działa, potwierdzone info)

Związki się psują, jedne się rozpadają, inne nie. Poszła plota, że dziewczyna X zdradziła go z kumplem z liceum. Plota okazała się nie być plotą.
- Wiesz, chłopak się załamał tak totalnie - opowiada mi wspólny znajomy - odreagowywał, na przykład przez tydzień nie jadł, takie rzeczy.
- Boże, to straszne - mówię - Ja bym nie mogła nie jeść przez tydzień

[kurtyna]
[albo i nie]

- No ja mu mówiłem, uważaj na nią. On, no co ty, to moja dziewczyna, ufam jej. No ufać to sobie można, ale pilnować trzeba.
Zgadzam się całkowicie w całej mojej niedojrzałości łudząc się, że upilnowanie dorosłego człowieka jak szczeniaka na smyczy jest w ogóle możliwe. 

Wracam do Madrytu kompletnie spłukana nie posiadając żadnej sensownej ilości eurasków na koncie (przyjdzie stypendium czy nie przyjdzie?). Samolot się spóźnia godzinę. Potem kolejne pół. Mgła w Madrycie, mówią. Nie wierzę wam, skurwiele, na pewno zrobiliście to specjalnie, żebym nie zdążyła na ostatnie metro i musiała zabulić 30 jednostek obcej waluty za taksówkę.
Ha, nie udało wam się! I co teraz? Naciągacze.

Naciągnęli mnie na tego Sylwestra, którego najpierw odwoływałam 3 razy, potem odwoływałam odwołanie - i bardzo dobrze, bo bawiłam się przednio. Z Najbardziej Chujowego Sylwestra Ever zrobił się, well, całkiem nienajgorszy, jeśli mogę się tak pochwalić. Ale za rok dosyć z tym bzdrurnym świętowaniem tego, że świat się starzeje, tym razem naprawdę zasnę przed jakims beznadziejnym filmem o 22.


 rozwiązanie zagadki autorstwa Macieja: Marysiaczek

Szcęśliwego Nowego Roku!

piątek, 30 grudnia 2016

Dziewięćdziesiąt cztery: głównie o jedzeniu i kilku mniej istotnych rzeczach

No to już naprawdę ostatni dzwonek, żeby napisać jakikolwiek post jeszcze w 2016 roku. Żadnego podsumowania robić nie będę, bo rok 2016 jaki był, każdy widzi.

Wrócę na chwilę jeszcze do Świąt, bo nie miałam w tym roku jakoś serca i zapału do wstawiania dużej ilości zdjęć z choinką i światełkami czy życzenia wszystkim Wszystkiego Dobrego i Pogodnego; gdybym Wam zdążyła czegoś życzyć przed Wigilią to bym życzyła, żebyście się porządnie najedli - bo jak nie wtedy, to kiedy?

Chociaż. Gdzieś w internecie przeczytałam taką złotą radę à propos świątecznych obiadów i przejadania się : Jedz tylko to, co lubisz. Nie wmuszaj w siebie potraw tylko dlatego, że "wszystkiego trzeba spróbować".
Z radością więc odmawiałam karpia i tortu makowego - dumnego wypieku mojej mamy (są dwie rzeczy, których naprawdę nie lubię, i są to niestety torty i mak), wcinałam za to śledzie w śmietanie z dużą ilością cebuli - tak dużą, że następnego dnia rano w kościele wstydziłam się otworzyć gębę i śpiewać. 


25 grudnia odbieram telefon od Macieja.
- Biegałaś? Bo tak strasznie dyszysz.
- Co? Nie, po prostu się tak najadłam, że nie mogę oddychać.
(sytuacji nie polepszał wcale zatkany od tygodnia nos)
Ale Maciej mnie rozumie, on już wie, że moim głównym hobby jest jedzenie obiadu.

Dostałam mnóstwo książek i doprawdy, nie wiem co z nimi zrobić (zjeść?) - do Madrytu ich nie zabiorę, bo nie mam miejsca w walizce; do 5 stycznia nie zdążę ich wszystkich przeczytać. Potem będą stały na półce, jak ta cała reszta, nietknięte i smutne.

Szczęśliwego Nowego Roku życzę wszytskim, oby okazał się lepszy niż ten mijający.

na zdjęciu mój pieseł w pseudoartystycznym wydaniu 
tak to wygląda jak się nie umie robić zdjęć czy też wyjmować poprawnie filmu z aparatu 


czwartek, 15 grudnia 2016

Dziewięćdziesiąt trzy: o fińskim i gejach (lecz nie fińskich gejach)

Chcecie usłyszeć coś zabawnego?
Tak bardzo się spieszyłam do szkoły na ten cholerny fiński, którego od miesiąca się nie uczę, bo mam ważniejsze sprawy na głowie, z niezrobioną pracą domowę, z nieumytą głową, bez dezodorantu fuj; tak bardzo się spieszyłam, że przyjechałam godzinę za wcześnie. Nie umiem korzystać z zegarka.

 Wiesz to chyba jakieś moje niesamowite szczęścia albo zrządzenie losu, że ty tam w tej Hiszpanii poznajesz samych gejów - mówi Maciej. (nie jest to do końca prawda, ale pozwólmy mu w to wierzyć)

Kiedyś już chyba wspominałam o tym, że jestem gay queen, mimo że kompletnie nie mam gay radaru (tak, tak, zdarzyło mi się zauroczyć w geju, nie jednym, nie w dwóch)(nadal czekam na coming out mojego chłopaka), ale jako że Hiszpania jest bardzo gay friendly, to ma się po prostu wrażenie, że heteroseksualizm tu nie istnieje (polecam grupę na fejsbuku Gay Madrid. Należę do niej już od 2 miesięcy). Prawie. Dopóki nie odryjesz jak bardzo Hiszpanie nie kryją się ze swoim obściskiwaniem się w miejscach publicznych, ale zaraz, to przecież wiedzieliśmy od dawna fuj. 

Mój komputer dostał pierdolca dosłownie w tym momencie, kiedy go najbardziej potrzebuję, bo mam do napisania 5 prac semestralnych, każda w innym języku. Mogę skrytykować hiszpański system szkolnictwa na wiele sposobów, ale to co naprawdę doprowadza mnie do szału, to fakt, że od września to połowy grudnia nie robiłam praktycznie nic (bo nie musiałam), a w chwili obecnej mam nadrobić cały semestr nauki. I ta poblażliwość w stosunku do studentów. Napiszcie pracę o literaturze francuskiej - temat dowolny. Pracka na krytykę literacką - temat dowolny. Pragmatyka i semantyka - wszystko mi jedno, jaki będzie temat, możecie nawet coś narysować.
Ja wiem, że nie jestem już w klasie maturalnej, ale to naprawdę wygląda jakbyście, szanowni profesorowie, mieli nas w pupie. Jedyna kobieta, która jasno określiła, czego chce, jest niezrównoważona psychicznie, i podejrzewam, że i tak nie zaliczę jej przedmiotu (jak całej reszty zresztą).


Krótka refleksja autora

Proszę mi wybaczyć a) nieregularność b) błędy i literówki c) nieregularność d) drastyczny spadek jakości moich postów w ciągu ostatnich miesięcy (?). W pewnym momencie zdałam sobie sprawę z tego, że jak z trzech fanów zrobiło mi się dziesięciu, to chyba troszeczkę zaczęłam pisać pod publikę. Bo presja; a ja nie lubię presji. Więc od dzisiaj postaram się Was wszystkich olać i pisać, tak jak lubię. 

Dziękuję za uwagę.